niedziela, 3 sierpnia 2014

Ogłoszenia, ogłoszonka. ;)

No więc, za namową jednej z Was zrobiłam sobie krótki urlop i, chociaż codziennie coś dopisywałam do scenariusza, to posuwało się wszystko w tak ślimaczym tempie, że, chcąc - nie chcąc, muszę to nazwać odpoczynkiem haha ;P ;) Oczywiście, jak to ja, zapomniałam Wam napisać, kiedy wracam. Tutaj również, dzięki jednej z Was, przypomniałam sobie, aby to zrobić. I tutaj uwaga! ;D 

Wracam w piątek (8.08). ;D

Może głupio, że piszę dopiero teraz, ale lepszy rydz, niż nic ;) Oczywiście będą wielkie zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany! ;D To teraz kilka szczegółów: ;)

Co trzeci scenariusz będzie +18 (chociaż to już pewnie niektóre z Was zauważyły ;P), 

Nadal nie zamierzam wprowadzać koreańskich zwrotów do scenariuszy (hy hy ;D),

Z każdym dniem będę lepszą pisarką, obiecuję. ;)


W sumie to tyle ode mnie ;) Dziękuję, że zaczęłyście się martwić moim zniknięciem, aczkolwiek byłam tutaj cały czas i, szczerze mówiąc, dopisywałam jedną literkę dziennie xD ;) Moje wakacje od bloga (tęskniłam za Wami <3) kończą się w piątek. ;) Zaczyna się nowa kolejka, którą pięknym (bo psychologicznym) akcentem otwiera nam Suho. ;D Ja życzę wspaniałej końcówki wakacji i do zobaczenia w piątek, kochane ;**** ;)






poniedziałek, 14 lipca 2014

#25 Chen (+18)


 Spacerując po parku, napawałaś się promieniami późno - popołudniowego słońca głaszczącymi twoją twarz. Korzystałaś z niewątpliwych uroków tego lata, które, jako jedne z niewielu, zaskakiwało taką pogodą. Błogo przemierzałaś alejki seulskiego ogrodu botanicznego. Podobne wycieczki sprzyjały samotnemu myśleniu oraz dawały możliwość poukładania spraw w głowie.
 Przez jeansowe szorty oraz cienki materiał bluzki na ramiączkach czułaś szczypiące lipcowe powietrze. Jeśli dobrze pójdzie, zaraz powinno się rozpadać. Kątem oka przyglądałaś się rodzinom, radośnie spędzającym czas, czy to urządzając piknik, czy też zwyczajnie śmiejąc się. Gdzieniegdzie trawę zajmowały odpoczywające psy, co spragnionymi językami próbowały spijać resztki rosy z wilgotnych źdźbeł.
 Uśmiechnęłaś się sama do siebie pod wpływem panującej wokół aury życzliwości, kiedy poczułaś delikatne szarpnięcie za krawędź koszulki. Rozejrzałaś się dookoła w poszukiwaniu osoby, która mogłaby pragnąć twojej uwagi. Mimo najszczerszych chęci nie dostrzegłaś nikogo. Ponownie poczułaś pociągnięcie. Tym razem spojrzałaś do dołu i natychmiast zachichotałaś.
 Przy własnych nogach zobaczyłaś małego, uroczego chłopca. Miał maksymalnie pięć lat, lecz jego skośne oczka były mądre. Cudownie się uśmiechał, jednak zauważyłaś, że wyglądał na zagubionego. Niewielką, pulchną rączką trzymał brzeg twojej koszulki, ale rozglądał się gdzieś wokoło. Uśmiechnęłaś się i pochyliłaś w stronę dziecka. 
 - Cześć. - przywitałaś się. Malec odwrócił głowę niemalże natychmiast. Mierzył cię swoimi ogromnymi oczami barwy czekolady. - Zgubiłeś się?
 - Pomożesz mi odnaleźć nianię? - chłopiec złożył usta w kaczy dziobek, przez co nie potrafiłaś mu odmówić.
 - Zgubiłeś ją? - odgarnęłaś włosy z czoła.
 - Jego. - Azjata przewrócił oczami. - Mój opiekun jest najlepszy. - maluch puścił skrawek twojej bluzki. 
 - Chyba nie taki wspaniały, skoro stracił cię z oczu, co? - uśmiechnęłaś się pobłażliwie. Chłopiec wyglądał na poważnie zmartwionego, więc wyciągnęłaś do niego rękę. - Chodź, poszukamy twojego przyjaciela. - zaśmiałaś się, kiedy poczułaś jego ciepłą dłoń w swojej.
 Zaczęliście iść jedną z głównych alejek parku. Niewielki Azjata tuptał wesoło nieco za tobą, ale wiedziałaś, że uważnie się rozglądał. Był niezwykle dzielny, jeśli przypomnieć sobie wszystkie dzieci, które widziałaś zalewające się łzami, gdy zdarzała się podobna sytuacja. Zastanawiałaś się tylko, gdzie podziała się mama chłopca i, czy rzeczywiście szukał on opiekuna, a nie zwyczajnie własnej rodzicielki.
 Nie pokonaliście nawet dwustu metrów, kiedy usłyszałaś donośne wołanie. Odgłos kroków biegnącej osoby stawał się coraz głośniejszy. Naraz maluch puścił twoją rękę, po czym odwrócił się. Podążyłaś śladem jego spojrzenia, które napotkało niewysokiego chłopaka zmierzającego w waszą stronę. Rozpoznałaś Jongdae - swojego kolegę z klasy. Pierwszą myślą, jaka przeszła ci przez głowę było: czego Chen mógłby chcieć od małego, przypadkowego chłopca.
 - To on! - nieduży Azjata radośnie podskoczył w miejscu. - Chodź! - momentalnie chwycił cię za dłoń i zaczął prowadzić do, teraz już maszerującego, chłopaka. Pomachałaś przyjacielowi na powitanie. Uśmiechnął się z ulgą, widząc, kto prowadził jego podopiecznego.
 - Następnym razem pilnuj tego swojego opiekunka. - rzuciłaś żartobliwie ku chłopcu, kiedy staliście niemal twarzą w twarz.
 - Stałem w kolejce po lody i wtedy zauważyłem, że nagle zniknął. - Chen zaczął się tłumaczyć.
 - Z nim rozmawiaj. - uśmiechnąwszy się, skinęłaś głową na malca. - Koreańczyk kucnął odwrócony do młodszego.
 - Przepraszam, bo straciłem cię z oczu. - Jongdae zaśmiał się radośnie. Wyciągnął ręce w kierunku dziecka, które natychmiast ułożyło się między ramionami twojego klasowego kolegi.
 - Gdzie on ma matkę? - zaczęłaś, przyglądając im się.
 - Podróż służbowa. - odparł chłopak, wstając i sadzając sobie chłopczyka na barkach. - Dzisiaj śpi u mnie.
 - Nie znałam cię od tej strony. - przyznałaś, po czym odgarnęłaś włosy.
 - A co, myślałaś, że potrafię się tylko wygłupiać? - zachichotał. Zrobił kilka kroków do przodu. - Idziesz z nami?
 - Gdzie? - zapytałaś uśmiechnięta.
 - Zobaczysz. - wyciągnął dłoń w twoim kierunku. Ujęłaś ją, chociaż między wami gościła jedynie przyjaźń...
 Jongdae poznałaś, kiedy razem wylądowaliście na jednej uczelni. Początkowo bardzo go polubiłaś, często się widywaliście, jednakże później zwyczajnie nie miałaś wolnego, aby zobaczyć chłopaka. Swego czasu nawet zaczął ci się podobać, ale mijające dni rozwiały wszystkie romantyczne uczucia, co do niego. Teraz też rozmawialiście, może nie tak intensywnie, jak kiedyś. Bieg wszystkiego sprawił, że mniej Chen'a zauważałaś, przy czym przesądziłaś o beznadziejności wzdychania do kogoś, kto mógłby mieć setki podobnych dziewczyn. Zwyczajnie odpuściłaś, więc jakież było twoje zdziwienie, kiedy od "sprawdzonych źródeł" dowiedziałaś się... Właściwie Kim Jong Dae widział tylko ciebie. Nie interesowały go inne dziewczyny, co widziałaś, gdy Chen mierzył cię wzrokiem, czy, gdy zwyczajnie przechodziłaś gdziekolwiek blisko. Zbliżał się koniec wakacji, toteż postanowiłaś dać spokój, przynajmniej tymczasowo. Liczyłaś, że chłopak weźmie sprawy w swoje ręce. Na tyle, aby móc cię zaskoczyć...
 Resztę dnia spędziliście cudownie. Chen okazał się idealnym opiekunem. Zastanawiałaś się, czy mama chłopca kiedykolwiek przyglądała się, kiedy Koreańczyk zajmował się jej synem. Jeśli nie, to traciła naprawdę świetną zabawę. Tamtego popołudnia wybuchałaś śmiechem chyba niezliczoną ilość razy. Często byłaś zaciekawiona zabawnymi anegdotami Jongdae. Gdy wydawał się już wystarczająco mądry, rzucał wszystkie kretyństwa, jakie tylko przyszły mu do głowy. Uroczo nie dawał zapomnieć, że ciągle jest sobą i, chociaż na uczelni wypadał zupełnie inaczej, tutaj też był niesamowity. Chen'owi udało się ciebie ponownie zauroczyć, z czego okazałaś się dziwnie zadowolona. Przynajmniej do czasu, kiedy musieliście się pożegnać...
 - Nie idź jeszcze. - powiedział chłopak, trzymając śpiącego malca w ramionach. Staliście przed domem Jongdae. Delikatny wiatr owiewał twoje nogi. Niebo przyozdobił ogromny księżyc. Zerknęłaś na zegar telefoniczny. Było zbyt późno, aby się zastanawiać.
 - Przecież musisz... - wymownie zerknęłaś na nieprzytomnego chłopca. Pogrążony we śnie był jeszcze bardziej uroczy.
 - Położę go i porozmawiamy. - uśmiechnął się.
 - Jest późno... - zaczęłaś, przewracając oczami.
 - Zostaniesz u mnie, dobrze? - przesłał ci perskie oko. - Ucieszyłby się, gdyby zobaczył cię tutaj jutro rano. - już nie potrzebowałaś lepszych argumentów. Byłaś bezsilna, jeśli chodziło o tego małego.
 - O czym chciałbyś porozmawiać? - uniosłaś brwi.
 - Zobaczysz. - zaśmiał się, po czym wyciągnął z kieszeni klucz, aby otworzyć drzwi.
 Chen poszedł ułożyć chłopca w salonie. Aby im nie przeszkadzać, udałaś się do sypialni chłopaka. Oprócz modernistycznego łóżka stało tam również wiele innych mebli, jednak twoją uwagę przykuła jedynie niewielka kanapa ustawiona przy ścianie. Wiedziałaś, że kiedy tylko się położysz, od razu zaśniesz, więc ostrożnie przysiadłaś na jej skrawku. Raz   przyłapałaś samą siebie, gdy bezwiednie zamknęłaś oczy jedynie po to, aby chwilkę później gwałtownie się ocknąć. Mijały minuty, które dłużyły się, jak godziny. Czekałaś, twoim zdaniem latami, aż w końcu szpara między drzwiami, a ścianą ukazała ci przyjazną sylwetkę Jongdae. Natychmiast odzyskałaś siły, niczym skowronek budzący się ze snu.
 - Śpi jak suseł. - oznajmił chłopak, zamykając za sobą drzwi. Uśmiechnąwszy się, sennie wzruszyłaś ramionami. 
 - Byłbyś świetnym ojcem. - przyznałaś szczerze. - Jeszcze nigdy nie widziałam cię takiego. - westchnęłaś cicho. - Poza tym, on cię uwielbia.
 - Chyba seryjnie rozpocznę poszukiwania materiału genetycznego na matkę. - zachichotałaś, lecz momentalnie spoważniałaś.
 - O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - zapytałaś, kiedy Chen usiadł na kanapie tuż obok.
 - Nie lubisz być cierpliwa, co? - zapytał z uśmiechem. Pokręciłaś głową wesoło. Chłopak zawahał się chwilowo, jakby zamyślony nad tym, co powiedzieć. Odezwał się dopiero, kiedy zaczęłaś lekko podszczypywać jego kolano w wyrazie zniecierpliwienia. - [T.I.], dzisiaj coś zrozumiałem, wiesz? - uśmiechnął się pod nosem.
 - Co takiego? - zapytałaś.
 - Podobasz mi się od dawna... - zaczął niepewnie. Poczułaś na karku pierwszą kropelkę potu. - A mimo wszystko dopiero dzisiaj chcę, abyś o tym wiedziała.
 - Chen, to... - chciałaś przedstawić "swoją wersję wydarzeń", jednak natychmiast umilkłaś.
 - Wiem, że nie czujesz tego samego, ale chciałbym, żeby po wszystkim między nami nic się nie zmieniło. - pokręciłaś głową z niedowierzaniem. Jongdae tak bardzo o niczym nie miał pojęcia. - Przez cały rok szkolny byłaś jak moje słońce. Nie wytrzymałbym, gdybyś nagle miała ze mną nie rozmawiać. Kocham cię. - znów się uśmiechnął. - Dzisiaj, jak cię z nim zobaczyłem... Zwyczajnie nie mogłem uwierzyć. Jesteś najpiękniejsza ze wszystkich dziewczyn, jakie kiedykolwiek widziałem.
 - Żartujesz sobie? - zachichotałaś.
 - Chciałbym. - wzruszył ramionami.
 - Kocham cię, Jongdae. - wyznałaś ku oszołomieniu chłopaka. - Wiem już na pewno. - uśmiechnęłaś się niewinnie. - Kiedyś może bym się z tego śmiała sama, ale teraz musiałbyś śmiać się razem ze mną.
 - Dlaczego nic nie mówiłaś? - zapytał zdziwiony.
 - Bo mogłeś mieć każdą. - zawahałaś się. - Ot tak.
 - Nie mów już nic, dobrze? - posłałaś mu pytające spojrzenie. - Nie chcę, żeby coś nam teraz przeszkodziło. Zwłaszcza to, że nie chcesz rozumieć, że dla mnie jesteś najważniejsza. - nie zdążyłaś powiedzieć ani słowa, bo Chen natychmiast cię uprzedził.
 Nagle jednym ruchem przyciągnął twoją sylwetkę do siebie i wpił się w twoje wargi. Jego usta były takie miękkie oraz ciepłe, a zarazem sztywne, jakbyś całowała marmurowego greckiego boga. Właściwie czułaś, że to robisz. Posiadanie Jongdae jako chłopaka przecież stało na równi z odwiedzeniem przedsionka samego Edenu. Ciągle niepewne ręce Koreańczyka przyciskały cię mocniej do torsu mężczyzny prawie idealnego. Początkowo niewinne, delikatne pocałunki teraz stawały się coraz bardziej zachłanne. Chen dłońmi głaskał twoje włosy i pieścił szyję opuszkami palców. Zupełnie, jakby starał się nadrobić utracony rok szkolny. Czułaś jego oddech w ustach, o ile pamiętałaś, pachniał miętą, co pozwalało ci myśleć, że jeszcze przed chwilą mył zęby. Jongdae robił wszystko tak perfekcyjnie, aż całoroczna powściągliwość miłosna chłopaka wydawała się nieprawdopodobna.  
 Nagle Koreańczyk oplótł sobie twoje dłonie wokół szyi. Poczułaś, jak ręce przesuwa ci na uda. Po chwili delikatnie uniósł cię nad ziemię, abyś momencik później plecami dotknęła miękkiej pościeli łóżka. Oboje zaczynaliście oddychać coraz ciężej. Doskonale znałaś uczucie pożądania, jednak dopiero wtedy zrozumiałaś, że Chen jest tego wart, nawet jeśli wieczór miałby się skończyć jedynie pocałunkami. Nic nie zwiastowało podobnego wypadku, kiedy chłopak niecierpliwie wsunął jedną dłoń pod materiał twojego topu, drugą rozpinając guziki jeansowych szortów. Zachichotawszy, próbowałaś zniweczyć plany tej, która pospiesznie wpełzała ci poza linię spodenek. Nie chciałaś, żeby poszło chłopakowi tak łatwo.
 Nareszcie zebrałaś wewnątrz idealną porcję siły i przewróciłaś Jongdae do pozycji leżącej. Natychmiast usiadłaś na nim okrakiem, czym nie pozwoliłaś, aby kontynuował ściąganie dołu twojej garderoby. Zaśmiał się przez ostatecznie przerwany pocałunek. Warknął niezadowolony, gdy rozłączyłaś wasze wargi. Znów przyglądał się tobie z pożądaniem błądzącym w oczach. Ustami dotknęłaś szyi Koreańczyka. Mijające chwile zamieniały pojedyncze muśnięcia na pełne pasji buziaki, którymi zostawiałaś czerwone ślady szpecące jego delikatną skórę.
 - Czemu mi to robisz? - chłopak zaśmiał się, zasłaniając oczy rękami. Rumieńce policzków Chen'a pokazywały, jak bardzo go zawstydzałaś. - Nie pokażę się tak ludziom. - również wybuchnęłaś śmiechem, po czym kontynuowałaś swoją pracę. Położyłaś mu dłonie pod głową, żeby już nic nie mogło ci przeszkodzić. Zabrawszy się do rozpinania kraciastej koszuli chłopaka, ciągle obdarzałaś szyję oraz policzki Jongdae delikatnymi pocałunkami. Dogłębnie poznawałaś jego piękną linię szczęki. Stopniowo obnażałaś idealy tors Azjaty. 
 Gdy w końcu zrzuciłaś koszulę na podłogę, ustami zeszłaś nieco niżej. Językiem przejechałaś po obojczykach i zostawiłaś wilgotne ślady wokół sutków chłopaka. Nie musiałaś długo czekać, aż Chen zaczął cicho pojękiwać oraz posapywać. Co jakiś czas z satysfakcją podnosiłaś wzrok, aby tylko ujrzeć tę twarz wykrzywioną grymasem niewyobrażalnej rozkoszy. Następnie pocałunkami wyznaczyłaś drogę od żeber ukochanego do dołu brzucha. Chłopak pod wpływem pożądania chrypiał coraz głośniej, co stanowiło idealną muzykę dla twoich uszu.
 - Nie ma mowy. - wycharczał, kiedy zabrałaś się do rozpinania guzika jego szortów. Wsparł się na łokciach i natychmiast chwycił cię za ramię, przyciągając w swoją stronę. Złączył wasze usta pocałunkiem. Jedną ręką znów zaczął drażnić twoją skórę. Druga natomiast powędrowała przez spodenki za linię koronkowych majtek. Tym razem się nie broniłaś. Usilnie potrzebowałaś rozładowania podniecenia, które zaczęło rosnąć, gdy tylko zobaczyłaś chłopaka tamtego popołudnia.
 Ponownie wylądowałaś na plecach, jednak nie miałaś czasu, żeby ubolewać nad smutnym losem człowieka zdominowanego. Zajęłaś się oddawaniem pocałunków ukochanego. Chen chwilowo wysunął wysunął dłoń spod dolnej części twojej bielizny. Ciągle nie odrywając od ciebie ust, podciągnął cienki materiał koszulki aż po samą linię żeber. Dzień okazał się tak ciepły, że postanowiłaś nie zakładać biustonosza, co wtedy uznałaś za błąd. Sama siebie podałaś niemalże, jak na tacy. Jongdae uśmiechnął się szeroko, kiedy zauważył takie niedociągnięcie.
 - Spodziewałaś się mnie? - chłopak zachichotał, rozdzieliwszy wasze usta. Podsunął krawędź koszulki wyżej, czym obnażył twoje piersi. Pozwoliłaś mu całkowicie ją zdjąć, unosząc ręce nad głowę. Chen odrzucił top gdzieś na bok. Nareszcie zajął się czymś, czego tak długo oczekiwałaś - sprawianiem ci przyjemności.
 Obdarzył kilkoma pojedynczymi pocałunkami twoją szyję oraz dekolt. Robienie malinek nie było w stylu Kim'a Jongdae. Zatrzymał się dłużej przy piersiach. Wargami pieścił jeden z sutków, a drugi głaskał oraz podszczypywał palcami. Uśmiechał się szeroko, kiedy robił coś tak dobrze, że zaczynałaś coraz głośniej pojękiwać. Na odchodne obdarzył jednym buziakiem powierzchnię skóry skrywającą żebra. Później ustami zszedł niżej, w okolice podbrzusza oraz pępka, gdzie zostawił kolejnych kilka pocałunków. Zadrżałaś, poczuwszy wargi chłopaka ciągnące za krawędź twoich szortów. Jongdae był coraz bliżej. Bawił się tobą, chociaż wolałabyś, aby zwyczajnie wszystko z ciebie zerwał. Wredna, koreańska małpa, pomyślałaś i wybuchnęłaś śmiechem.
 Chen leniwie zsunął ci spodenki oraz, nieco później, dół bielizny. Musnął wargami biodra. Zaśmiał się, widząc, jak bardzo jesteś już napalona. Sam nie był gorszy, widziałaś ogień w jego oczach. Przeniósł wzrok na twoją kobiecość. Uśmiechnął się sam do siebie.
 - Nawet nie wiesz, ile czekałem na tę chwilę. - powiedział niemal szeptem. Zarumieniłaś się, kiedy zobaczyłaś, gdzie zostawił spojrzenie. - Przestań być taka zawstydzona. Jesteś cudowna.
 - Fantazjowałeś o mnie? - zaśmiałaś się.
 - Pytasz, jakbyś nie wiedziała. - uroczo przewrócił oczyma. - Ale chciałbym, żebyś pamiętała tę noc. - uśmiechnął się szeroko.
 - Będę, obiecuję. - pogłaskałaś chłopaka po włosach.
 Nagle rozłożył ci nogi i wargami zaczął pieścić twoją kobiecość. Jęknęłaś, kiedy jego język znalazł się tam, gdzie na pozór być nie powinien. Rozpływałaś się pod wpływem ogromnej rozkoszy, aż poczułaś, że Chen wkłada w ciebie dwa palce - wtedy przyjemność była jeszcze większa. Delikatnie zaczął nimi poruszać, co jakiś czas zmieniając tempo. Dłonie to taka zwykła rzecz, a nie potrzebowały nawet pięciu minut, abyś wiła się oraz wydawała z siebie jęki pod wpływem wszechobecnej, seksualnej euforii. Bierna rozkosz nie wystarczyła na długo, bo niedługo potem zapragnęłaś poczuć w sobie Chen'a, nie jego ręce. 
 - Chcę prawdziwego orgazmu. - wyszeptałaś, przyjrzawszy się tęczówkom Koreańczyka. Uśmiechnął się tylko i, kończąc, wargami musnął twój wzgórek łonowy. Później jedynie obserwowałaś, jak Jongdae podnosi się z łóżka. Podszedł do szafki nocnej nieopodal, po czym wyjął prezerwatywę. Wróciwszy do swojego wcześniejszego położenia, zsunął spodnie oraz bokserki. Uśmiechnęłaś się szeroko, kiedy zobaczyłaś jego, sztywnego już, członka. Chłopak ubrał wspomniany wcześniej środek antykoncepcyjny i przyciągnął cię do siebie, chwytając za kostkę u nogi. Zachichotałaś, gdy poczułaś, że chłopak wchodzi w ciebie całą swoją długością, przy czym jednocześnie zatyka twoje usta pocałunkiem.
 Wszystko, co zdarzyło się później pamiętałaś, jak przez mgłę. Jeszcze nigdy nie było ci tak dobrze, to mogłaś śmiało powiedzieć. Staraliście się być cicho, aby nie zbudzić chłopca śpiącego tuż za ścianą. Nie zawiodłaś się na Jongdae. Koreańczyk okazał się bardzo czuły i opiekuńczy. Tamtej nocy szczytowaliście razem niejeden raz, ale właśnie ten pierwszy zapadł ci w pamięć najlepiej, bo był taki prawdziwy, a zarazem niewinny, niemalże nieskazitelny.
 Westchnęłaś, czując ciężar głowy chłopaka na swoich piersiach. Troskliwie odgarnęłaś mu kosmyki włosów ze zroszonego potem czoła.
 - Byłeś niesamowity. - szepnęłaś. Uśmiechnął się, chociaż wyraźnie morzył go sen.
 - Kocham cię. - powiedział i mocniej przyciągnął cię do siebie.
 - Miłych snów. - wargami musnęłaś policzek Koreańczyka, aby spokojnie mógł zasnąć. Zmierzyłaś wzrokiem wasze ubrania porozrzucane niemalże po całym pokoju. Prychnęłaś pod nosem, następnie osuwając się na poduszki. Sen był dobry. Zwłaszcza jako następstwo takiej nocy. Cudownej nocy.

Specjalnie zależało mi, aby dodać scenariusz rano, bo chciałam Wam umilić jakoś resztkę wakacyjnego dnia. ;3 Mam nadzieję, że Wasze wakacje płyną dobrze, zależy mi, abyście wypoczęli, bo na wrzesień zaplanowałam scenariusz, którego trzeba troszkę "zrozumieć" xD ;) Nie mówię, że jest ciężki, ale łatwo z nim też nie będzie haha ;D ;) Mam nadzieję, że scenariusz Wam się podoba, od razu uprzedzam, że następny będzie nasz kochany Suho (tak, zaczynamy nową kolejkę ;D). Ja osobiście nie mogłam się doczekać +18 z Chennie'm i mam nadzieję, że Wy też. ;) Komentujcie, obserwujcie i, przede wszystkim, macie wypoczywać! ;D Buziaki i trzymajcie się cieplutko ;) xoxo 





poniedziałek, 7 lipca 2014

#24 D.O.


 Małżeństwo jest procesem bardzo czasochłonnym. Nie trwa tylko od momentu przysięgi do śmierci obojga zaślubionych sobie. Pracuje się na nie bowiem przez cały związek. Sakrament to jedynie ucieleśnienie więzi łączącej zakochanych. Pod warunkiem, że owo połączenie istnieje...
 Poprawiłaś pierścionek zaręczynowy zdobiący twój palec i zerknęłaś w stronę zegara ściennego. Za kwadrans dziewiąta wieczorem. Narzeczony pewnie świetnie się bawił. Kilka dni później o tej porze mieliście już być małżeństwem. Bez wahania zgodziłaś się, aby kumple wyprawili mu niemały wieczór kawalerski. Jeśli ktoś jest zazdrosny, to musi tej osobie zależeć, prawda? A dla ciebie przyszły mąż był niemal obojętny...
 Właściwie nie miałaś wyboru, kogo chcesz poślubić. Byliście sobie przeznaczeni, dosłownie. Przyjaźniliście się od niepamiętnych czasów. Gdziekolwiek nie poszliście, brano was za parę. Zanim Man Chin Young poprosił cię o rękę, wiedziałaś, co się święci. Nie odmówiłaś ze względu na rodziców, znajomych. Mieli oczekiwania, dosyć wygórowane. Uważali, że skoro dobrze się razem dogadujecie, ślub to tylko formalność. Tak naprawdę, znałaś Chinyoung'a zbyt doskonale, aby zostać jego żoną. Mimo tego postanowiłaś porzucić własne szczęście. Sprostanie wizjom mamy oraz przyjaciół wydawało się warte wszystkiego. Nawet spędzenia reszty życia z najlepszym kumplem.
 Nie chciałaś wieczoru panieńskiego. Twoim zdaniem nie należało świętować takiej okazji. Prawie przymusowe małżeństwo nie zasługiwało na oklaski. Zwłaszcza wtedy, jeśli kilka dni przed ceremonią pannę młodą zaczęły nawiedzać wątpliwości. Właściwie, to zawsze je miewałaś, a przynajmniej odkąd przypadła ci rola narzeczonej. Wybór między własnym szczęściem i spełnieniem najbliższych osób nie należał do najłatwiejszych. Poza tym bałaś się skrzywdzenia Chinyoung'a. Zawsze był przy tobie, więc czułaś potrzebę odwdzięczenia się, nawet jeśli trwałoby to przez resztę życia.
 Drgnęłaś dopiero, kiedy usłyszałaś dzwonek u drzwi. Zdecydowanym krokiem ruszyłaś się, aby otworzyć niezapowiedzianemu gościowi. Nie zapraszałaś nikogo, listonosz dawno skończył pracę, a mordercy nie chadzali w te części miasta. Westchnęłaś, przekręcając klucz zamka i szarpnęłaś za klamkę.
 Jakże się zdziwiłaś, gdy twoim oczom ukazał się niewysoki, aczkolwiek wyższy od ciebie, Azjata. Jego usta wykrzywione były uśmiechem, ogromne tęczówki mierzyły cię ciekawskim spojrzeniem. Wyglądał sympatycznie. Nawet jeśli widziałaś chłopaka pierwszy raz, wydał ci się dziwnie znajomy, jakbyś już kiedyś miała z nim do czynienia. Niemożliwe, pomyślałaś i pokręciłaś głową. Odrzuciłaś wszystkie irracjonalne przemyślenia. Uśmiechnęłaś się, po czym nabrałaś powietrza, aby cokolwiek powiedzieć.
 - Jesteś [T.I.], prawda? - ubiegł cię chłopak. Nieprawdopodobnie szybko odczytywał mowę ciała.
 - Tak. - pokiwałaś głową. - Jak szukasz Chinyoung'a, to wiedz, że nie ma go tutaj.
 - Wiem. - uśmiechnął się serdecznie. - Osobiście kazał mi dzisiaj zapewnić tobie należytą opiekę.
 - Kpisz sobie? - zmarszczyłaś czoło. Nie rozumiałaś, co chłopak miał na myśli.
 - Nie. - łagodnie przewrócił oczami. - Mam pilnować, abyś nie była sama.
 - Więc, jak się nazywasz? - zrobiłaś mu miejsce w drzwiach. Spokojnie wszedł do mieszkania.
 - Kyungsoo. - usłyszałaś. Uśmiechnęłaś się pod nosem. To będzie ciekawy wieczór.
 Zatrzasnęłaś drzwi, wzrokiem odprowadzając nieznajomego przed sam próg salonu. Udałaś się w stronę kuchni, aby zrobić wam obojgu herbatę. Stamtąd miałaś na niego idealny widok. Widziałaś, jak grzecznie zajął pewien fragment kanapy. Ciekawskimi spojrzeniami przejeżdżał po obrazach, którymi swego czasu udekorowałaś ściany. Uśmiechnęłaś się serdecznie i złapałaś dwie filiżanki wypełnione ciepłym, ziołowym napojem.
 - Każdy z kwiatów symbolizuje jedną emocję człowieka. - powiedziałaś, kiedy wzrok chłopaka spoczął przed twoim ulubionym malunkiem. - Jest ich dwanaście... - podawszy mu filiżankę, zajęłaś miejsce obok Kyungsoo.
 - Nie czujemy tylko tylu rzeczy... - szepnął przejętym głosem.
 - Ale te jesteśmy w stanie okazać. - odrzekłaś, spuszczając spojrzenie. Zapadła niezręczna cisza przerywana jedynie przez niemrawe chrząknięcia i oddechy. Koreańczyk spokojnie spijał herbatę. Nie potrzebowałaś nic mówić. Nie znaliście się, uznałaś takie anomalia za coś całkowicie normalnego. Byłaś mu wdzięczna, bo zyskałaś okazję, aby przyjrzeć się swoim parapetowym roślinkom, które okazały się egzystować w opłakanych warunkach.
 - Pamiętam, kiedy tutaj biegałaś, taka malutka... - głos chłopaka wyrwał cię z zamyślenia.
 - Co? - zapytałaś, odrywając wzrok od kwiatów.
 - Przybiegałaś w tych swoich kolorowych sukienkach i razem łapaliśmy żaby. - zaśmiał się, jakby sam do siebie. - Uwielbiałaś ciasto porzeczkowe mojej mamy. - zerknął na ciebie niepewnie. Nagle zaczęłaś kojarzyć fakty.
 - Mieszkałeś naprzeciwko piekarni, prawda? - uśmiechnęłaś się szeroko.
 - Pamiętasz mnie? - jego brwi powędrowały do góry.
 - Do Kyung Soo - powiedziałaś pewnie. - Pamiętam. - naraz zebrałaś wszystkie wspomnienia w głowie. - Nie zdążyłam cię pożegnać, kiedy wyjeżdżałeś.
 - Dlatego wróciłem. - zażartował. - A teraz moja malutka [T.I.] bierze ślub. - mogło ci się wydawać, ale głos pobrzmiewał mu nutką żalu i wyrzutu.
 - Przepraszam, nie zaprosiłam cię. - szepnęłaś cicho.
 - Twój narzeczony to zrobił. - wzruszył ramionami.
 - Muszę mu podziękować. - uśmiechnęłaś się.
 Nie mogłaś się na niego napatrzeć. Chociaż z początku nie poznałaś chłopaka, nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wróciły wszystkie wspomnienia. Nie wierzyłaś, że twój dawny przyjaciel znów tutaj był, jakby nigdy nie wyjechał. Naraz stanęły ci przed oczyma chwile, kiedy cały wolny czas spędzaliście wspólnie, a o istnieniu zmartwień, czy im podobnych rzeczy, nie mieliście bladego pojęcia. Wraz z nadejściem szkoły, wasze stosunki nieco się rozluźniły, ale ciągle wołaliście do siebie "mój Kyungsoo" oraz "moja [T.I.]". Później dowiedziałaś się, że D.O. wyjechał na przesłuchanie w jednej spośród największych wytwórni, skąd tak, czy siak miał już nie wrócić. Wtedy nie zdążyłaś go pożegnać, ani nawet zacisnąć pięści jako gest nadziei. Jednakże był jeden plus tego wszystkiego - oboje nie zapomnieliście.
 Resztę wieczoru spędziłaś na ponownym poznawaniu swojego przyjaciela. Opowiadaliście sobie dosłownie o wszystkim. Dowiedziałaś się, że Kyungsoo śpiewa w zespole, podobno całkiem znanym. Powiedział ci, co robił przez cały ten czas, kiedy nie byliście razem. Cudem udało mu się wybłagać trochę wolnego tylko dlatego, aby móc zobaczyć ceremonię. Jak się okazało, twój narzeczony wybrał Koreańczyka jako świadka. W gardle poczułaś ogromną kluchę. Niedługo miałaś okłamywać wszystkich, również osobę, której jeszcze nigdy nie powiedziałaś nieprawdy. Ogarniało cię poczucie winy, kiedy tylko patrzył tymi ogromnymi oczami. Finalnie przełamałaś się. Wylałaś wszystkie żale. Wyśpiewałaś każdą, nawet najmniejszą rzecz. Chłopak słuchał uważnie. Z każdą nowszą informacją, jego tęczówki robiły się coraz większe, a, kiedy powiedziałaś, że tak naprawdę nie chcesz zostać żoną Chinyoung'a, westchnął cicho. Po skończonej opowieści, usłyszałaś wszystko, co powiedziałby przyjaciel. Miałaś podążać za swoim szczęściem, bo to ty będziesz z tym żyła do końca. Na pożegnanie ucałował cię w czoło. Odszedł. Nie wiedziałaś, kiedy znów zobaczysz chłopaka. Najprędzej przy ołtarzu. Kyungsoo zabrał wszystko. Strach, niepewność, poczucie zawodu, zadumę nad tym, co zrobić. Wszystko, oprócz twojej ogromnej sympatii do niego.
 Dni mijały. D.O. zadzwonił następnego ranka... I kolejnego... I jeszcze kolejnego. Godzinami rozmawialiście przez telefon, ku dezaprobacie własnego narzeczonego. Koreańczyk namawiał cię, abyś przestała działać wbrew sobie, próbował przekonać do odwołania wszystkiego, póki mogłaś. Okropnie się bałaś. Przecież nikt nie miał czasu na takie wywody. Półsłówkami odbiegałaś w rejony bardziej przyjemniejszych tematów. Też dlatego, żeby Kyungsoo nie czuł się zwyczajnie znudzony. Ewentualnie, aby zapomniał o nadchodzącej katastrofie...
 Tymczasem prace szły pełną parą. Wkrótce dostarczono ci sukienkę, której ani razu nie przymierzyłaś i raczej wątpiłaś, że do tego dojdzie. Nie miałaś ochoty jej oglądać, a co dopiero ubierać. Niedawno ukradkiem widziałaś, jak Chinyoung chował obrączki. Pod nawałem obowiązków byłaś bombardowana telefonami od własnej matki. Pytała o stres, postępy przygotowań. Tak naprawdę pragnęłaś wykrzyczeć jej prawdę wprost w słuchawkę. Skądinąd wiedziałaś, że goście mieli już garnitury, panny zakupiły sukienki oraz prezenty. Dostawałaś mdłości, kiedy pomyślałaś, ile pieniędzy wydali, aby móc bawić się tylko przez ten jeden wieczór. Uśmiech zbiegł z twojej twarzy szybko, nawet jeśli wcale się nie pojawił.
 Ceremonia miała się odbyć już jutro. Od samego rana czułaś uścisk w brzuchu. Kątem oka mierzyłaś wzrokiem katalogi przeróżnych biur podróży, które Chinyoung przyniósł rano. Siedziałaś przy stole, milcząc, nie poruszając się. Bębniłaś paznokciami o blat stołu, podczas gdy mętlik całkowicie opanował twoje najgłębsze myśli. Nagle poczułaś, jak ktoś obejmuje cię od tyłu.
 - Nie możesz się zdecydować, kochanie? - narzeczony przycisnął wargi do twojego czoła.
 - Nie mam do tego głowy... - zaśmiałaś się histerycznie.
 - Co się stało? - zapytał spokojnie.
 - Nic a nic. - pokręciłaś głową. - Po prostu nie chcę, abyś wydawał na jakąś wycieczkę dla mnie...
 - Skarbie, to jest nasza podróż poślubna. - poczułaś, że chłopak się uśmiecha. Trzymał wargi tuż przy twoim uchu. - Nie mów, że przeszkadza ci wygląd łóżka, bo prędzej, czy później i tak któreś zepsujemy. - szepnął. Gwałtownie odskoczyłaś jak oparzona. Wstawszy z krzesła, odeszłaś od niego na bezpieczne dwa metry.
 - Nie. - szepnęłaś sama do siebie.
 - Hej, co się stało? - zapytał Chinyoung mocno zdezorientowany. Poczułaś, że pękasz.
 - Ja nie chcę tego ślubu, nie rozumiesz?! - zawołałaś rozpaczliwie.
 - Co ty mówisz? - narzeczony zmarszczył czoło.
 - To nie jest to, czego chciałam. - zaczęłaś. - Jeśli oboje to zrobimy, to będziemy do końca życia nieszczęśliwi, wiesz?
 - Mów za siebie, dobrze?! - pretensjonalnie wyrzucił ręce w twoim kierunku. - Ja się oświadczyłem, bo cię kocham, ale ty ranisz mnie teraz!
 - Przepraszam... - wyszeptałaś. Nie mówiłaś głośniej, gdyż chłopak cały poczerwieniał ze złości.
 - Chcesz zerwać zaręczyny, tak? - zapytał nieco spokojniej, niż wyglądał. Prawie niezauważalnie pokiwałaś głową. - Dobrze, nie będę cię trzymał...
 - Dziękuję... - uśmiechnęłaś się kwaśno.
 - ..., ale mam warunek. - westchnął cicho.
 - Tak? - uniosłaś brwi.
 - Sama powiesz o tym gościom. - posłusznie przytaknęłaś, jednak nie uśmiechało ci się tak ponure wystąpienie przed blisko setką ludzi. Chciałaś się wycofać do innego pomieszczenia, ale Chinyoung cię zatrzymał. - Czekaj...
 - Mhm? - zacisnęłaś wargi, niemalże ze złości.
 - Dlaczego ciągnęłaś to tak długo? - zapytał spokojnie. - Pozwoliłaś mi kupić obrączki, zaprosić gości, oświadczyć się...
 - Bałam się... - wyznałaś. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałam...
 - Wiesz... - zaczął. - Byłem twoim przyjacielem przez długi czas... - zawahał się chwilowo. - Zawsze starałem się robić tak, abyś przy mnie nigdy niczego się nie bała. - uśmiechnął się pobłażliwie. - Przepraszam, schrzaniłem sprawę.
 - Nie... - zaczęłaś, jednak momentalnie ci przerwano.
 - [T.I.], idź już... - powiedział. - Nie mogę na ciebie patrzeć teraz. 
 Dopiero wtedy ogarnęło cię poczucie winy. Miałaś do siebie pretensje, że nie powiedziałaś ani słowa wcześniej. Czasami był nieprzewidywalny, może nawet lekko szalony, ale Chinyoung nie zasługiwał, aby go tak potraktować. Zawsze mogłaś na niego liczyć. Chociaż próbowałaś, nie udało ci się odwdzięczyć tym samym. Teraz zostałaś sama. W szafie wisiała suknia ślubna, której nie założysz, jutro kościół miał zapełnić się gośćmi, którym będziesz mówić: "Przepraszam, nie wyszło". Mimo wszystko zdecydowanie najbardziej wstydziłaś się przed samą sobą. Chciałaś spełnić jakieś puste oczekiwania, zapominając o swoich potrzebach i pragnieniach. To nie był egoizm, a dbanie o innych. Abyś nie musiała już nikogo dłużej oszukiwać, abyś już nigdy nie raniła bliskich, abyś nie krzywdziła samej siebie. Tego chciał cię nauczyć Kyungsoo, co pojęłaś zbyt późno...
 Nacisnęłaś klamkę ogromnych dębowych drzwi. Słyszałaś cichy szmer rozmów, które świadczyły o tym, że wszyscy już byli wewnątrz. Naraz zostałaś owinięta przez odór stęchłego, zimnego, niemalże lodowatego, kościelnego powietrza. Podciągnęłaś materiał spódnicy przepięknej sukni ślubnej. Weszłaś do ciemnego przedsionka. Nabrałaś tlenu, aby dodać sobie otuchy i odgarnęłaś rozpuszczone włosy, uporczywie opadające ci na czoło. Uśmiechnęłaś się nieśmiało pod nosem, po czym pchnęłaś kolejne wrota. Wraz z twoim wejściem do kościoła, wszyscy zebrani wstali, niczym na powitanie panny młodej prowadzonej przez ojca. Nic takiego nie miało miejsca, więc szybko napotkałaś zdezorientowane spojrzenia. Prawie biegiem zmierzałaś w stronę ołtarza. Sprawną wędrówkę między ławkami utrudniały wysokie, białe buty przyozdobione niemałym obcasem. Może trochę przesadziłaś, ubierając się tak, jak zrobiłabyś to, gdyby tam czekał Chinyoung, ale nie mogłaś się powstrzymać. Wzrokiem przejeżdżałaś po znajomych twarzach, kiedy nareszcie dotarłaś do ołtarzowych stopni. Stanęłaś na najwyższym i odwróciłaś się przodem w kierunku zebranych. Niemalże natychmiast wszyscy umilkli. Wzięłaś głęboki oddech, lecz zamilkłaś, gdyż spojrzeniem spotkałaś Kyungsoo. Biednego, niczemu nie winnego chłopaka. Patrzył równie niepewnym, jak pozostałych, wzrokiem. Prawie niezauważalnie kiwnęłaś głową.
 - Siadajcie. - powiedziałaś donośnie. Odpowiedział ci jeden głuchy pomruk, który zniknął równie szybko, co się pojawił. - Niepotrzebnie przyszliście. - zaczęłaś nieśmiało. Każdy słuchał uważnie. - Razem z moim narzeczonym, znaczy... - zawahałaś się na moment. - Teraz już byłym narzeczonym. Zadecydowaliśmy razem, że ślubu nie będzie. - przejechałaś wzrokiem po twarzach zebranych, gdzie malował się gniew, zaskoczenie, obojętność, a czasami nawet radość. - Razem nie bylibyśmy szczęśliwi. Całą winę chciałabym wziąć na siebie. Przepraszam, że nie miałam odwagi powiedzieć od razu... - spojrzałaś w stronę Kyungsoo, który emanował dumą. Uśmiechnęłaś się do niego. - Przepraszam za fatygę oraz, że musieliście wydać pieniądze na stroje, kwiaty, wszystko... Oddam każdemu pieniądze, tylko musicie mnie później złapać. - wolno pokiwałaś głową. - Te wszystkie rzeczy pewnie się nie zmarnują. Jeśli chcecie, możecie iść do, właściwie jedynej restauracji w tym mieście. Tam czeka obiad, bo w zasadzie nic nie odwołaliśmy. Jeszcze raz przepraszam. Kocham was wszystkich. - usiadłaś na schodach i zakryłaś twarz dłońmi. Poczułaś głęboki smutek, jednak niczego nie żałowałaś.
 Wszystko, co działo się później pamiętałaś, jak przez mgłę. Ani razu nie podniosłaś głowy, lecz słyszałaś tabun ludzi wychodzący z kościoła. Nikt nie zatrzymał się, aby porozmawiać, czy chociażby na ciebie nawrzeszczeć. Czułaś tylko nieśmiałe poklepywania po ramieniu, głaskanie. Niektórzy prychali, po czym wnioskowałaś, do kogo zadzwonić później z przeprosinami. Nie minął nawet kwadrans, kiedy zostałaś zupełnie sama. Otoczona ceglanymi czterema ścianami, znienawidzona przez, mniej więcej, połowę zaproszonych gości. Miałaś ochotę przytulić Kyungsoo, powiedzieć, że jeszcze nigdy nie czułaś takiej ulgi, albo zadzwonić do mamy, choćbyś nawet przez godzinę miała ją przepraszać. Wywnioskowawszy to z miny twojej rodzicielki, nie była zadowolona. Nic dziwnego, jej plany legły w gruzach...
 Nagle poczułaś delikatne głaskanie na dłoni. Ciepła, duża ręka odjęła ci ją od twarzy. Naraz zobaczyłaś uśmiechniętą twarz D.O., który wyglądał, jakby był aniołem. Nie wiedziałaś, kto skrajał smoking chłopaka, ale uszył arcydzieło. Uśmiechnęłaś się do Koreańczyka, chcąc coś powiedzieć, jednak on położył swój palec wskazujący na twoich ustach. Pochylił się, aby móc szeptać.
 - Nie spodziewałem się. - oznajmił cicho. Przewróciłaś oczyma. - Jestem z ciebie bardzo dumny, [T.I.]. - znów otworzyłaś usta, aby coś powiedzieć, jednak i tym razem nie doszłaś do głosu. - Musimy porozmawiać. - uśmiechnął się. - I też chcę, abyś coś zobaczyła.
 - Tak? - rozejrzałaś się dookoła.
 - Nie tutaj. - zachichotał. - Mogę? - wyciągnął do ciebie rękę, żeby pomóc ci wstać. Posłusznie ją ujęłaś, po czym dałaś mu się prowadzić, gdziekolwiek mieliście iść. Ufałaś chłopakowi.
 Kiedy wyszliście z kościoła, na zewnątrz również nikogo nie zastaliście. Kyungsoo prowadził was w kierunku wschodnim. Nigdy się tam nie zapuszczałaś, bo przeważnie były tam tylko chaszcze i woda. Nie szliście długo, kiedy Koreańczyk zatrzymał się przy jednym z kamieni przy niewielkim jeziorku. Nie znałaś tego miejsca, ale wydawało się całkiem miłe. Mimo wszystko, nie wiedziałaś, jaki ono ma związek z wami.
 - Usiądź. - poprosił nieśmiało. Był taki uroczy. Spełniłaś jego prośbę, rozglądając się wokoło. Uśmiechnęłaś się, gdy kolejno dostrzegałaś coraz to więcej kolorowych motyli.
 - Co to za miejsce? - zapytałaś.
 - Nie pamiętasz? - zaśmiał się. Pokręciłaś głową. - Przychodziliśmy tutaj, jak byliśmy mali. Tutaj łapaliśmy żaby. Nigdy nie lubiłaś ich dotykać, więc biegałaś za mną z wiaderkiem, żebym zawsze mógł cię uratować przed jakąś. - uśmiechnął się błogo.
 - Niemożliwe. - również uniosłaś kąciki warg do góry. - Tyle się tutaj zmieniło...
 - Sporo o tobie myślałem, od czasów dzieciństwa. - powiedział, patrząc ci prosto w oczy.
 - Myślałam, że zapomniałeś, kim jestem. - przyznałaś cicho.
 - Nie. - pokręcił głową. - Przychodziłem tutaj zawsze, kiedy chociaż na chwilę wracałem z Seulu.
 - Nie szukałeś mnie? - zapytałaś z nadzieją.
 - Nie. - lekko się zarumienił. - Nie wolno mi było.
 - Dlaczego? - uniosłaś brwi.
 - Wiedziałem, że masz swoje życie, nowych znajomych, własne sprawy i...jego. - mocniej zaakcentował ostatni wyraz. - Pewnie miałabyś gdzieś przyjaciela z dzieciństwa, który pojawia się, jakby znikąd.
 - Nie. - zaprzeczyłaś.
 - Teraz już wiem. - uśmiechnął się. - Wiesz, jak się czułem, kiedy dowiedziałem się, że ty...z nim? Że razem bierzecie ślub? - pokręciłaś głową. - I wtedy zobaczyłem cię w domu. Byłaś wtedy taka piękna. Ciągle masz ten sam błysk w oczach, co wtedy. - uśmiechnął się. Poczułaś, że na dźwięk jego słów oblewasz się rumieńcem. - A ty? Pamiętałaś o mnie?
 Spojrzałaś w jego czekoladowe tęczówki. To pytanie nie wymagało odpowiedzi. Pochyliłaś się bliżej niego i wpiłaś się w wargi chłopaka. Poczułaś, jak uśmiecha się przez pocałunek. Objął cię dłońmi w talii, pogłębiając go.

 Troszkę się spóźniłam ze scenariuszem, ale myślę, że mi wybaczycie haha ;D ;) Przy pisaniu bardzo mi pomógł Justin Bieber ( o dziwo) xD ;) Co do mojej wizyty w Krakowie, to na wszelkie pytania chętnie odpowiem na mailu (zakładeczka "Kontakt"). ;) Mam nadzieję, że scenariusz Wam się spodoba, bo bardzo się starałam ;) Jak już pewnie wiecie, została nam tylko +18 i to z naszym jedynym Chennie'm, także miejcie się na baczności haha ;D ;) I dopiero teraz zauważyłam, jak dużo nas jest tutaj już <3 ;) Dziękuję, kocham was ;* Zachęcam do komentowania, obserwowania i ruszam tyłek odpisywać na maila xD ;)





poniedziałek, 30 czerwca 2014

#23 Lay


 - Jesteś taki okropny... - jęknęłaś, zatrzaskując szkolną szafkę. Chińczyk tylko uśmiechnął się perfidnie.
 - Powtarzasz się. - przewrócił czekoladowymi oczami.
 - Nie mógłbyś mnie po prostu zostawić? - uniosłaś brwi. Chciałaś wyminąć go na korytarzu, ale zastąpił ci drogę.
 - Wtedy nie miałbym takiej zabawy, krzywonoga. - zrobił wredną minę, wyraźniej akcentując ostatni wyraz.
 - To już jest prześladowanie. - złapałaś się pod boki.
 - Też uważam, że wkręciłaś się w to śledzenie mojej osoby. - westchnął teatralnie.
 - Nie przestaniesz, prawda? - ze złością tupnęłaś nogą. Obcas twojego buta uderzył o podłogę.
 - Jesteś tak niedoskonała... - zamyślił się na chwilę. - Gdybym czepiał się codziennie jednej wady u ciebie, nie skończyłbym do matury.
 - Yixing, zejdź mi z oczu. - warknęłaś wściekła. Nareszcie udało ci się go wyminąć. Lekko naburmuszona, zdążyłaś przejść kilka kroków wzdłuż korytarza.
 - To do zobaczenia, [T.I.]! - usłyszałaś za sobą. Prychnęłaś cicho. Z zepsutym humorem udałaś się do klasy.
 Nienawidziłaś go najbardziej ze wszystkich irytujących rzeczy świata. Yixing był niezrównoważony, opryskliwy, bezczelny i cholernie bezbłędny w psuciu ludziom dobrego dnia. Dokuczał ci właściwie od czasu rozpoczęcia liceum. Oboje byliście młodsi, a ty, szczerze mówiąc, miałaś nadzieję, że chłopakowi przejdą wszystkie głupie pomysły. Nie mogłaś się bardziej pomylić. Chińczyk nie tylko nie zaprzestał gnębienia innych, lecz również zaczął czerpać przyjemność ze swoich docinek. Nie mogłaś zrobić nic innego, niźli nie pozostawać mu dłużną. Niemalże na każdej międzylekcyjnej przerwie pojawiał się w pobliżu zupełnie znikąd. Codziennie sobie dogryzaliście, jednakże nigdy nie pomyślałaś o tym, aby go uderzyć. Właściwie to zapewniał ci codzienną rozrywkę, przy czym fizycznie był kompletnie niegroźny, mimo swojej niewątłej budowy. Twoim zdaniem, kiedy mówił, to tylko same głupoty, więc po co rezygnować z kogoś, kto ładnie wygląda i nie zagraża inteligencją?
 Do końca dnia nie dałaś temu dupkowi zepsuć sobie humoru. Wróciłaś do domu zrelaksowana, spokojna i, przede wszystkim, myślowo wolna od Yixing'a. Zajęłaś się swoimi przyziemnymi sprawami. Ostatnimi czasy miałaś niewiele czasu dla własnych przyjemności. Rzuciwszy wszystko, rozsiadłaś się przy oknie w towarzystwie książki pod pachą, czemu sprzyjał sączący się z nieba deszcz...
 Kończąc kolejny rozdział ukochanej lektury, usłyszałaś uporczywe stukanie od strony szyby. Nie przestraszyłaś się, twoi znajomi często tak dawali znać o swojej obecności. Uśmiechnęłaś się, po czym odstawiłaś powieść na bok. Zastanawiałaś się, kto tym razem chciał cię odwiedzić. Przecież nie spodziewałaś się nikogo, przynajmniej zaproszonej osoby. Dźwignęłaś się z fotela i podeszłaś do usłanego kropelkami okna.
 Początkowo niczego nie dostrzegałaś. Opadające grochy deszczu przesłaniały niemalże cały widok. Kiedy rozejrzałaś się dokładniej, ujrzałaś zarys dobrze zbudowanej sylwetki. Jęknęłaś głośno, rozpoznając przemoczoną postać. Sięgnęłaś po telefon leżący na parapecie. Wściekła, wybrałaś numer chłopaka i przyłożyłaś komórkę do ucha. Odebrał niemalże natychmiast, lecz nie dałaś mu powiedzieć ani słowa.
 - Czy tobie się nudzi?! - zapytałaś agresywnie.
 - Przechodziłem, więc pomyślałem, że wpadnę. - zaśmiał się ironicznie. Wyjrzałaś przez okno, aby móc spiorunować go wzrokiem.
 - Spadaj. - syknęłaś.
 - Okej, ale najpierw chciałbym herbaty... - cały przemoczony pomachał do ciebie z dworu.
 - Goń się, Yixing. - przewróciłaś oczami. - Mogę ci otworzyć... Tylko po to, żeby znów wykopać cię na zewnątrz.
 - To schodzisz, czy nie? - zapytał nieco zniecierpliwiony.
 - Czekaj chwilkę... - odeszłaś od okna i prawie biegiem rzuciłaś się do wyjścia z pokoju. Nie mogłaś się doczekać aż wygarniesz temu cholernemu czubkowi, że nie jest tutaj mile widziany. Zjawił się, jakby znikąd, a teraz jeszcze liczył na ciepły napój. Nikt nie kazał wychodzić mu z domu, tym bardziej przechodzić w obrębie twojej okolicy.
 Ostrożnie uchyliłaś drzwi, całkowicie oddając sylwetkę pastwom lodowatego deszczu. Rozejrzałaś się wokoło, lecz nikogo nie zobaczyłaś. Prychnęłaś cicho. Zastanawiałaś się, czy ktoś lubił stroić sobie żarty, czy Lay był po prostu takim dupkiem, że dodatkowo postanowił cię nastraszyć. Zrobiłaś krok do przodu, czym uwypukliłaś swoją sylwetkę na tle domu. Wzięłaś głęboki wdech.
 - Nie masz innych znajomych?! - wydarłaś się w ciemność. Początkowo nie uzyskałaś odpowiedzi, ale później dał się słyszeć nieznaczny szelest od strony krzaków po drugiej stronie ulicy. Stopniowo stawał się on coraz głośniejszy, aż finalnie z roślin wyłoniła się postać chłopaka. Uśmiechał się wrednie, jednak widziałaś, że był przemarznięty. Stawiał rozważne kroki, a skostniałe palce trzymał zaciśnięte na brzegach rękawów cienkiej kurtki.
 - Ciebie miałem najbliżej. - uśmiechnął się, kiedy wreszcie stanął przy tobie.
 - No tak... - zaczęłaś. - Bo tych, których znasz, tak naprawdę nie obchodzisz. - Chińczyk wywrócił oczyma.
 - Dostanę herbaty? - wepchnął dłonie do kieszeni jeansów.
 - W zasadzie, to przyszłam tutaj tylko, aby ci powiedzieć, że jej nie dostaniesz. - zmarszczyłaś czoło.
 - Czy zawsze musisz się zachowywać jak ostatnia suka? - westchnął chłopak.
 - Nie wspominajmy, kto zaczął... - zadygotałaś z zimna, aczkolwiek wzbierający w tobie gniew je niwelował. - Nie wiem, co biorą twoi znajomi, że jakoś wytrzymują.
 - A twoi? - prychnął.
 - Nie, ale naprawdę... - splotłaś ręce na piersiach. - Nie chciałabym mieć takiego chłopaka. Właściwie, to proponuję, abyśmy zakończyli tę całą wojnę. Yixing, nienawidzę cię i obiecuję, że się porzygam, jeśli kiedykolwiek się do mnie jeszcze odezwiesz...
 - Nie zaczęło ci na mnie zależeć ani trochę? - skośnooki uniósł brwi.
 - Za co? - chwilowo przymknęłaś oczy. - Zachowujesz się jak ostatni dupek!
 - To... - uśmiechnął się nieśmiało. - Chciałabyś, abym zniknął?
 - O, tak... - pokiwałaś głową. - To byłoby najlepsze.
 - Więc... - mogło ci się wydawać, ale chłopak posmutniał. - Do zobaczenia w...
 - Nie denerwuj mnie. - warknęłaś. Zdziwiłaś się, kiedy gość odwrócił się na pięcie i odszedł. Smagany szalejącą ulewą, ubrany w kurtkę, która nie dawała mu ciepła...
 Następnego dnia tradycyjnie ruszyłaś do szkoły. Przez cały poprzedni wieczór dręczyły cię wyrzuty sumienia, bo przecież mogłaś spławić Lay'a łagodniej. Nie byłaś dumna z faktu, że nie zrobiłaś chłopakowi chociażby tej cholernej herbaty, ani nie powstrzymałaś się od docinek nawet wtedy, kiedy dosłownie zamarzał żywcem. Między wami zagościły wrogie stosunki, jednakże wyciągnięcie pomocnej dłoni nie byłoby niczym złym. Trawiłaś samą siebie, żałując tego, jak się zachowałaś. Dopiero później zauważyłaś, że popełniłaś ogromny błąd, gdy pomyślałaś, o Yixing'u jako o tym poszkodowanym...
 Uśmiechnęłaś się do zdjęcia przyjaciółki, które zdobiło skrzydło twojej szafki. Zawsze wyglądała bardzo pięknie. Zachowywała się niczym prawdziwa dama. Byłaś dumna z posiadania takiej osoby w swoim życiu, jak każdy z resztą. Posiadanie przyjaciela jest skarbem. Nawet, jeśli rzecz się działa, kiedy chodziło o odpyskowywanie wrogom.
 Zamknęłaś drzwiczki szkolnego schowka i aż podskoczyłaś z przerażenia. Zwyczajnie nie mogłaś zobaczyć nikogo innego. Przed oczyma ujrzałaś Zhang'a Yixing'a, lecz, szczerze mówiąc, liczyłaś, że się obraził. Wręcz przeciwnie, wyglądał, jakby dotknęło go największe szczęście. Uśmiechał się głupkowato. Wyjątkowo nie napastował cię samotnie. Dzisiaj ramieniem obejmował niewysoką Azjatkę. Momentalnie zaczęłaś się zastanawiać, czy są parą, lecz szybko wybiłaś sobie wszystkie myśli z głowy. Lay był doprawdy potwornym materiałem na chłopaka.
 - Cześć, [T.I.]. - rzucił wyluzowany. Zmierzyłaś Chińczyka szyderczym spojrzeniem. Szybko przygotowałaś jakąś sensowną obelgę i rozchyliłaś wargi, aby coś powiedzieć. Nie zdążyłaś wydać ani jednego dźwięku, kiedy Yixing zaczął zajmować się dokładnym zagłębianiem tajników ust swojej "koleżanki".
 - Zjadaj jej twarz gdzie indziej... - burknęłaś do mizdrzącej się pary. - Od mojej szafki odejść.
 Prychnęłaś, niechętnie przeciskając się między parszywymi kochankami, a innymi uczniami błądzącymi po szkolnym korytarzu. Nie wiedziałaś, co to wszystko miało znaczyć. Jeszcze nigdy nie widziałaś, żeby Chińczyk aż tak manifestował swoją miłość, przynajmniej nie przed tobą. On nie był typem, który obściskiwałby się z dziewczyną w, podobnym do szkoły, publicznym miejscu. Widocznie wcale Lay'a nie znałaś...
 Ostatni dzień przed weekend'em pozwolił ci ostatecznie znienawidzić Zhang'a Yixing'a. Zachowywał się, jakby postradał wszyściutkie zmysły. Chowałaś się za plecami przyjaciółki, jednakże mimo tego nie ukryłaś wszystkich przykrych obrazów. Chłopak, jakby nigdy nic, połykał twarz naiwnej Azjatki. Nie, to nie był tylko raz... Chciałabyś. Gdziekolwiek nie poszłaś, jakkolwiek byś nie spojrzała, oni zawsze tam stali, obściskiwali się, wbijając tobie pięści w brzuch. Miałaś dosyć, bo na każdym kroku czaił się Lay oraz jego nieugięta panna. Może wariowałaś, ale zaczynałaś myśleć, że obojgu zależy, abyś ich zobaczyła. Para działała specjalnie, bo... No właśnie. Dlaczego mieliby zachowywać się tak absurdalnie? Chińczyk przecież miał setki innych możliwości do dokopania twojej osobie. Tak, czy inaczej, pod koniec lekcji wykończono cię. Miałaś po dziurki w nosie tych dwoje. Ale to też nie wszystko... Jakby tego było mało, pomimo posiadania "cudownej" dziewczyny, Yixing flirtował ze wszystkimi na prawo i lewo. Można tylko zgadywać, przed czyimi oczami. Znów stałaś się obserwatorką jego miłosnych podbojów, zawirowań, czułych słówek, pocałunków oraz, co najważniejsze, stałaś się niewidzialna dla kogoś, kto dotąd poświęcał ci większość swojej uwagi. Chociaż był wrogiem, nie doceniłaś go, a za obecnością chłopaka zaczęłaś tęsknić dopiero, kiedy jej zabrakło. Ze szkoły wyszłaś trzaskając drzwiami...
 Wśród tego zgiełku nadszedł weekend. Ukochany czas uczniów, leniwców i maminsynków. Ostatnimi czasy, także twój. Pośród swoich myśli przepełnionych Lay'em znalazłaś również czas dla ukochanej przyjaciółki. Jej rodziców nie było w domu, więc zyskałyście okazję, aby zwyczajnie się spotkać, pogadać przy domieszce kawy zaprawionej likierem. Pae Shim Choo też tym razem okazała się niezawodna.
 - ..., nie pytaj... - powiedziałaś, upijając potężnego łyka z filiżanki. - Yixing jest okropny.
 - A ja bym go schrupała. - zachichotała uroczo. - W całości.
 - Nie wiesz, jaki on jest. - przewróciłaś oczami.
 - To mi opowiedz. - wyprostowawszy się, przybrała pozycję idealnego słuchacza.
 - Jest podły, sarkastyczny, wścibski, wredny, bezczelny, głupio się uśmiecha... - przerwałaś, lecz natychmiast napotkałaś ponaglające spojrzenie dziewczyny. - Po prostu jest wredny. Nie wiem, jak wytrzymuje z nim ta laska... - prychnęłaś cicho.
 - Wiesz co? - Azjatka uśmiechnęła się szeroko.
 - Co? - odpowiedziałaś jej tym samym.
 - Myślę, że jest zupełnie odwrotnie. - zrobiła fachowo skupioną minę.
 - Co? - uniosłaś brwi.
 - Mówisz tak, bo w rzeczywistości bardzo go lubisz. - chciałaś jej przerwać, jednak uciszyła cię jednym gestem. - Nie zaprzeczaj, już ja wiem, jak jest. - zachichotała. - I boisz się do tego przyznać. Przed sobą i przede mną.
 - To nieprawda... - przewróciłaś oczami ze śmiechem.
 - Poczerwieniałaś, coś w tym musi być. - zaśmiała się głośno. Naraz rozległ się dzwonek do drzwi, drobna dziewczyna drgnęła.
 - Masz gościa? - zapytałaś, na co pokiwała głową. - Rozumiem, to ja znikam. - uśmiechnęłaś się. - Od strony kuchni, jeśli pozwolisz.
 - Trzymaj się, kicia. - ucałowała twój policzek. Zastanawiałaś się, z jakiej okazji ubrała koronkowy stanik, który mimo wszystko prześwitywał przez jej bluzkę i, w końcu, czy rzeczywiście polubiłaś Yixing'a bardziej, niż na to zasługiwał?
 Poniedziałek zwiastował ostatni tydzień szkoły. Edukacyjne mury przywitałaś uśmiechem, te dwa dni działały kojąco jeśli chodziło o ciebie. Należycie odpoczęłaś, przemyślałaś, nie kilka, a nawet kilkanaście spraw. Wróciłaś ze zdwojonymi siłami oraz, nareszcie, miałaś odwagę zastąpić wrogość - przyjaźnią.
 Oceniłaś sytuację, jakbyś nie wiedziała, jak wasze stosunki się mają. Pod koniec dnia sama nie wiedziałaś, czego się spodziewałaś. Lay zwyczajnie nie przestał być sobą. Sobą sprzed trzech dób. Znów byłaś teatralnie śledzona. Skazana na oglądanie jego miłosnych podbojów, pocałunków, czułości. Miałaś już dosyć. W ciągu dnia przeszłaś się do niego. Wytłumaczyć wszystko. Kiedy zobaczyłaś, że stanął przy damskiej toalecie, gdzie się udałaś. Męska była przy drugim końcu korytarza.
 - Mogę wiedzieć, co robisz? - gwałtownie pociągnęłaś chłopaka za ramię.
 - Nagle chcesz pogadać? - zapytał zniecierpliwiony.
 - Bez niej. - skinęłaś głową w kierunku przylepy.
 - Okej. - szepnął dziewczynie coś na ucho, po czym obdarzył ją soczystym pocałunkiem. Przewróciłaś oczami, czując, że, jeśli się nie opanujesz, zaraz przywalisz Yixing'owi w twarz. Azjatka nieco się oddaliła, lecz ty odciągnęłaś Chińczyka jeszcze dalej od toalet. Zatrzymałaś się dopiero przy oknie dzielącym ścianę na dwie równe połowy.
 - Coś się stało? - zapytał Lay. Oczywiście udawał zdziwienie.
 - To twoja nowa laska? - zapytałaś sarkastycznie.
 - Nie muszę ci się tłumaczyć. - przewrócił oczami.
 - Chodzi o to, co powiedziałam przed domem, tak? - sarknęłaś.
 - Nie wiem, o czym mówisz... - wzruszył ramionami.
 - Od piątku łazisz za mną, z nią... - zaczęłaś niepewnie. - Mizdrzysz się specjalnie na moich oczach. Mogę wiedzieć, co ty odwalasz?!
 - Ubzdurałaś sobie coś. - zacisnął mięśnie szczęki, która teraz stała się mocno widoczna. - Zakochałem się i tak ci to przeszkadza?
 - Nie, Yixing. - pokręciłaś głową. - Ty się zakochałeś tak, żebym ja widziała.
 - Jedno słowo. - przewrócił oczami. - Lecz się dziewczyno. - zrobił krok w tył, po czym odwrócił się na pięcie. Dupek. Uciekł, niczym tchórzliwa mysz.
 - Nawzajem! - odkrzyknęłaś za nim. Straciłaś jakąkolwiek nadzieję. jeśli chodziło o dobre kontakty z chłopakiem.
 Postanowiłaś się nie przejmować. Rzuciłaś sprawę tych dwoje do kąta. Wyluzowana, poszłaś cokolwiek zjeść. Dlatego kochałaś przerwy śniadaniowe. Stołówka była przepełniona ludźmi. Wtedy dostrzeżenie Lay'a było prawie niemożliwe. Zwyczajnie usiadłaś przy jednym ze stołów. Pałaszowałaś swój ulubiony deser truskawkowy, kiedy poczułaś, że ktoś dosiada się obok. Tylko mi było trzeba nieproszonego gościa, pomyślałaś i uniosłaś głowę znad kubeczka z owocowym musem.
 - Zgubiłaś się? - szepnęłaś w kierunku dziewczyny Yixing'a.
 - Nie. - odpowiedziała pewnie. - Właściwie, to chciałam porozmawiać.
 - Ze mną? - uniosłaś brwi.
 - Tak. - uśmiechnęła się nieśmiało. - Przed chwilą zerwałam z nim.
 - Szkoda. - powiedziałaś nieszczerze.
 - Wcale nie. - pokręciła głową. - On mnie zdradził.
 - Tak? - wróciłaś do jedzenia deseru. Właściwie, to miałaś gdzieś, co chciała ci przekazać.
 - Z Pae Shim Choo... - wzruszyła ramionami. - Przespali się, a ja nawet nie wiem, kim ona jest.
 - Ja wiem. - powiedziałaś, upuściwszy mus owocowy na podłogę. - Muszę już iść.
 Biedactwo. Widocznie ty też nie wiedziałaś, kim była twoja najlepsza przyjaciółka. Osoba, którą uważałaś za powierniczkę, bratnią duszę, a ta dziewczyna okazała się po prostu zwykłą szmatą. Nikim więcej.
 Udałaś się na lekcje, chociaż nie miałaś nastroju, aby się uczyć. Nawet nie podnosiłaś wzroku, kiedy przez kilka ostatnich przerw mijałaś Yixing'a. Czułaś się zdradzona. Tak stłamszona psychicznie, że odebrało ci to całkowicie pogodę ducha. Chciałaś jak najszybciej skontaktować się z przyjaciółką, wyjaśnić kilkanaście spraw. Poniedziałek okazał się najgorszy, bo Lay posunął się do czegoś, co upokorzyło cię ostatecznie, do seksu z twoją ukochaną Shimchoo.
 Gniewnym krokiem wybiegłaś ze szkoły. Rozumiałaś już wszystko. Wiedziałaś, dlaczego ubrała ten, a nie inny biustonosz, dlaczego nie stawiała oporu, kiedy chciałaś wyjść tylnymi drzwiami. Oboje robili coś, o czym nie wiedziałaś. Tak podłe, że brakowało słów...
 Byłaś bliska zalewania się łzami. Lekceważąco brnęłaś przez dziedziniec, nie wiadomo po co. Potrącałaś dziesiątki osób kończących lekcje. Miałaś wszystko gdzieś. Liczyło się jedynie to, że już za chwilę będziesz mogła przykryć się kołdrą i ryczeć wniebogłosy, bo tak zazwyczaj robiłaś. Słyszałaś za sobą całe morze kroków. Marsz, bieg, trucht. Inni nie wiedzieli, o twojej katastrofie. O tym, że twój świat spłonął. Świat, którego uprzednio nienawidziłaś, a zaczęłaś doceniać dopiero, gdy straciłaś.
 - Nie spałem z nią! - usłyszałaś nagle w niebezpieczniej odległości od siebie. To wystarczyło, abyś zebrała w sobie wszystkie złe emocje. Odwróciłaś się, obdarzając Lay'a siarczystym policzkiem. Chłopak skrzywił się nieznacznie, lecz to była jedyna emocja, którą okazał. - Nie spałem z twoją przyjaciółką. - powtórzył jeszcze raz.
 - Zrobiłeś ze mnie wariatkę. - powiedziałaś chwilowo spokojnym głosem. - Tłumaczyłeś, że nie wiesz, o co chodzi, ale tak naprawdę na tym ci zależało, prawda? Czułam się okropnie, kiedy musiałam patrzeć, jak podrywasz te wszystkie dziewczyny, całujesz je tylko po to, żeby mi pokazać, jak bardzo za tobą zacznę tęsknić, gdy w końcu się odczepisz! Gratulacje, cel zamierzony! Powiedz wszystkim, niech lepiej zaczną się śmiać teraz! - w oczach poczułaś łzy. Gorycz to straszne uczucie.
 - Chciałem, abyś coś zrozumiała. - oznajmił chłopak. Jego policzek był zaczerwieniony.
 - Co takiego? - pokręciłaś głową, próbując powstrzymać słone kropelki.
 - To, co powiedziałaś mi przed domem... - zmarszczył czoło. - Chciałem, aby zaczęło ci na mnie zależeć.
 - Więc zależy, zadowolony?! - podniosłaś głos, po czym odwróciłaś się. Jedyne, czego chciałaś, to zniknąć na zawsze. Mimo wszystko zatrzymał cię zdecydowany chwyt za nadgarstek. Lay odwrócił twoją sylwetkę z powrotem do siebie.
 - Mi nie zależy tak samo, jak tobie. - uśmiechnął się delikatnie.
 - I co z tego? - zapytałaś nieco agresywnie.
 - To, że chciałbym cię teraz pocałować, ale boję się, że znowu mnie uderzysz... - udał przerażonego.
 - Już, wygadałeś się? - zrobiłaś obojętną minę, chociaż wewnątrz czułaś się bosko. - To wszystko?
 - Kocham cię. - powiedział, uśmiechając się.
 Dałaś mu objąć się w talii i posmakować swoich warg, które jeszcze nie tak dawno tryskały obelgami pod adresem chłopaka. Świat jest dziwny, ale czyż właśnie nie o to chodzi?

 Rozdział nieco opóźniony, bo niedawno wróciłam z Krakowa (było nieziemsko ;D) ;) Zazdroszczę rodowitym Krakowianom tych wszystkich Azjatów na Starym Rynku ;) Zrobiłam sobie fotkę chyba ze wszystkimi, jakich mijałam haha, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Azjaci uwielbiają, jak im się robi zdjęcia ;) W rozdział włożyłam całe swoje serduszko, bo akurat jest oparty na osobistych doświadczeniach ;) Mam nadzieję, że Wam się spodoba i, co do kolejnego, to widzimy się w piątek ;D ;) Komentujcie, obserwujcie, piszcie swoje opiniee! ;D ;) Miłego dnia, robaki ;*





środa, 18 czerwca 2014

#22 Sehun (+18)


 Usadowiłaś się na kanapie tuż obok swojego chłopaka. Z telewizora dobiegały głosy komentatorów sportowych, a pierwszy plan należał do dwudziestu dwóch spoconych facetów uganiających się za przedmiotem pożądania każdego gracza - piłką.
 Od rozpoczęcia Mistrzostw Świata każdy wasz wieczór wyglądał identycznie. Wracałaś zmęczona ze szkoły, zapraszałaś chłopaka, jednakże pod koniec i tak kończyliście, oglądając dziewięćdziesięciominutowe spotkania. Nie przeszkadzało ci to, ale zainteresowanie meczami oznaczało mniej czasu, aby porozmawiać oraz, przede wszystkim, mniej seksu, za którym ostatnio niezmiernie tęskniłaś. Położywszy nacisk na fakt, że Sehunnie świetnie działał w "tych sprawach", wiele przez mundial traciłaś. Ktoś musiał zakończyć dni celibatu, nawet jeśli oboje mielibyście przegapić jedną, ewentualnie wszystkie rozgrywki. Tą osobą okazałaś się ty...
 Skupiona przyglądałaś się kilku ostatnim podaniom. Czas doliczony przez sędziego właśnie dobiegał ku końcowi. Naraz rozbrzmiał gwizdek zamykający całe spotkanie. Uśmiechnęłaś się, widząc radość zwycięskiej drużyny. Zawodnicy skakali, śmiali się, gratulowali przegranym oraz sobie nawzajem. Szczęście z wygranej okazało się wspaniałym widowiskiem. Poczułaś piekielny żar na policzkach, kiedy gracze zaczęli zdejmować koszulki, aby wyrazem szacunku podarować je przeciwnikom. Zakrywszy usta dłonią, podziwiałaś nagie torsy najsłynniejszych piłkarzy świata. Zachichotałaś cicho, pod wpływem intensywnych bodźców wzrokowych.
 - Kochanie, ja będę się już zbierał... - oznajmił Sehun, opuszczając kanapę, Nawet nie spojrzałaś w jego kierunku, ale śmiało mogłaś stwierdzić, że ci się przyglądał.
 - Jasne. - przytaknęłaś. Z uśmiechem dalej podziwiałaś piłkarskie tony mięśni.
 - Zrobiłaś się czerwona... - zauważył chłopak.
 - Nie. - pokręciłaś głową.
 - Spójrz na mnie. - poprosił. Posłusznie obdarzyłaś go spojrzeniem.
 - Czy mi czegoś brakuje? - zapytał, rozkładając ręce do boków.
 - Nie, dlaczego? - uśmiechnęłaś się, zauroczona dziecięcą miną Oh Se Hun'a.
 - A tutaj? - kontynuował temat i złapał za dolną krawędź ubrania powyżej pasa. Uniósł ją lekko do góry, czym odsłonił idealnie wyrzeźbione mięśnie. Poczułaś znajome mrowienie w podbrzuszu.
 - Ani tu... - zaprzeczyłaś. - Sehun, o co ci chodzi? - zapytałaś, delikatnie zniecierpliwiona.
 - Od początku mundialu gapisz się na wszystkich piłkarzy... - powiedział, jakby smutnym tonem.
 - Przecież dlatego mecze są transmitowane... - wzruszyłaś ramionami.
 - [T.I.], czy ja ci się jeszcze podobam? - zerknęłaś mu w oczy pobłażliwie.
 - Oczywiście, że tak. - uśmiechnęłaś się. - Chodź tutaj. - poklepałaś miejsce na kanapie obok siebie.
 - Muszę już iść... - pokręcił głową, robiąc kilka kroków do tyłu.
 - Oh Se Hun, ja już nie wytrzymam! - podniosłaś głos. Usilnie starałaś się zatrzymać chłopaka.
 - Co się stało? - zapytał zaniepokojony.
 - Od kilku dni w ogóle mnie nie dotykasz, nie przytulasz, nie całujesz... Tylko ciągle te mecze i mecze... Ja nie mogę już tak bez ciebie. - skrzyżowałaś przedramiona na piersi. - Albo powiesz mi, co jest grane, albo zmieniam cię na lepszy model. Na prawdziwego koreańskiego faceta.
 - Chcesz mieć prawdziwego koreańskiego faceta? - uniósł brwi do góry, uśmiechając się.
 - Tak! - wybuchnęłaś śmiechem. Chyba nareszcie coś załapał.
 - To będziesz go miała. - naraz zaczął odpinać klamrę paska od spodni. Zatrzymał wzrok na swoim kroczu i przeniósł spojrzenie znów na ciebie.
 - Sehun, co ty robisz? - zaprotestowałaś, nieśmiało zasłaniając oczy.
 - Czyż nie o to ci chodziło? - przerwał chwilowo.
 - Tak, ale... - zaczęłaś.
 - Mi też ciebie brakuje. - uśmiechnął się. - Nawet nie wiesz, jak się zdążyłem zajarać przez te kilka dni...
 - Będziesz tak gadał, czy zaczniesz działać? - zawadiacko przygryzłaś wargę.
 - Tak będę działał, że... - puścił do ciebie perskie oko, zadziornie szczypiąc krawędź jeansów.
 - W zasadzie, to powinnam się uczyć anatomii teraz... - powiedziawszy to, zaczęłaś się z nim droczyć.
 - Chodź, pouczysz się mojej. - chłopak ściągnął szarą bluzę i cisnął ją na podłogę. Zajął kanapę obok ciebie, natychmiast zabierając się do dzieła.
 Wypełnił dłoń twoim policzkiem, po czym bez zastanowienia złączył wasze wargi. Zdecydowanie to było czynnością, za którą najbardziej tęskniłaś. Usta Sehun'a okazały się takie miękkie i ciepłe, jak zawsze, co tylko jeszcze bardziej wzmogło u ciebie pożądanie. Jedną rękę wplotłaś w jasne włosy chłopaka, a drugą zaczęłaś masować mu wyraźnie zaznaczony kark. Wraz z głębszymi pocałunkami zaczynaliście coraz ciężej oddychać. Nagle powietrze wokół stało się ciężkie, jakby zupełnie nienadające się, aby nim oddychać. Nad kolanem poczułaś dłoń Koreańczyka, który niecierpliwie pocierał materiał jeansów okalający twoje prawe udo. Prawie bezgłośnie jęknęłaś, kiedy Sehun językiem delikatnie rozsunął ci wargi. Wepchnął go do środka, rozmasowując podniebienie. Zadziornie przygryzłaś dolną wagę chłopaka. Nie chciałaś być gorsza, chociaż, szczerze mówiąc, rzadko wymienialiście takie "niezwykłe" pocałunki.
 Dźwignęłaś się z siadu i znalazłaś się okrakiem na najmłodszym . Poczułaś jak Azjata promiennie się uśmiecha poprzez wasze szczelnie złączone usta. Przeniósł dłonie nieco niżej. Zatrzymawszy kończyny dopiero w okolicach twoich pośladków, delikatnie, aczkolwiek nieco wyuzdanie je ścisnął. Sehun przerwał pocałunek, po czym wargami zjechał wzdłuż kobiecej linii szczęki. Muskał nimi każdy pojedynczy milimetr kwadratowy twarzy swojej ukochanej aż do ucha. Zatrzymał się przy małżowinie nieco dłużej i przygryzł jej niewielki skrawek.
 - Od dzisiaj nie oglądamy mundialu. - wyszeptał, ciężko dysząc. Pokiwawszy głową, mocniej przyciągnęłaś kochanka do siebie. Chłopak, niczym wampir, dla odmiany zaczął bawić się twoją szyją. Gruntownie zasysał skórę tylko po to, aby niewielką chwilę później zostawić na niej czerwony ślad w postaci miłosnego ukąszenia. Językiem kreślił dziwne wzory wokół gardła,a kiedy kończył kolejny rysunek, zwyczajnie znów całował policzek, niczym mały chłopiec kradnący buziaka starszym dziewczętom. Pożądanie było coraz silniejsze. Zaczynało brać nad tobą górę. Każdy pojedynczy całus stawał się trumiennym gwoździem dla samokontroli, którą ostatnio mistrzowsko wypracowałaś.
 Palcami uczepiłaś się krawędzi koszulki Sehun'a. Dotykałaś skrawka nagiej skóry, podczas gdy on nie przestawał całować cię w różne części ciała. Był rozpalony. Jeślibyś nie miała wtedy identycznie, pewnie pomyślałabyś, że jest chory. Mimo wszystko, skoro tak, oboje zachorowaliście...
 Najmłodszy jęknął z podniecenia. Oderwał ręce od twoich pośladków i uniósł je do góry, abyś mogła pozbawić go materiału opinającego tors. Zdjęłaś mu koszulkę, czym całemu światu ukazałaś idealne ciało chłopaka. Delikatnie odepchnęłaś Sehun'a, chociaż przez niemałą chwilkę nad tym ubolewałaś. Też chciałaś sprawić ukochanej osobie przyjemność. Bycie pasywnym nie należało do twojego stylu. Zanim jednak zdążyłaś cokolwiek zrobić, Koreańczyk odpiął niemalże wszystkie guziki kraciastej koszuli, którą ubrałaś tamtego wieczoru. Zsunął ją na podłogę, odsłaniając bieliznę. Zaczerwieniłaś się, kiedy spostrzegłaś, że przywdziałaś jego ulubiony biustonosz. Zwyczajnie uwielbiał cię w nim oglądać. Najmłodszy uśmiechnął się szeroko i położył dłonie na twoich lędźwiach. Zgrabnie przesunął je do zapięcia stanika. Przez chwilę nie chciało ustąpić, ale przecież to Sehun, nawet rzeczy martwe dawały mu wszystko, czego pragnął. Obnażył ci piersi, które przywitał cichym warknięciem. Wyrzuciwszy biustonosz za kanapę, chwycił je w ręce, lekko ściskając. Palcami szczypał sutki, czym dawał tobie niewyobrażalną rozkosz oraz kopa do działania. Koniec bycia biernym, pomyślałaś i pochyliłaś się nad torsem chłopaka.
 Językiem pieściłaś jego obojczyki. Bóg zarysował je tak seksownie, że od samego patrzenia miałaś brudne myśli. Nie robiłaś ukochanemu malinek. Nie lubił tego, o czym doskonale wiedziałaś. Kiedy już jakąkolwiek "otrzymał", była chorobliwie widoczna, czasami nawet prześwitywała przez ubranie. Zwyczajnie obdarzałaś skórę Sehun'a delikatnymi pocałunkami. I, chociaż robiłaś to ostrożnie, on cicho pojękiwał. Uśmiechnęłaś się, pełna satysfakcji. Ustami zeszłaś nieco niżej. Uszczęśliwiłaś sutki chłopaka, zostawiając je lekko wilgotne. Nie zważałaś na dłonie chłopaka, które ciągle trochę przeszkadzały ci w rozpieszczaniu ukochanego. Wbrew protestującemu Koreańczykowi, zsunęłaś się z kanapy. Klęknęłaś na podłodze tuż przed siedzącym chłopakiem. Uśmiechnął się promiennie. Był wtedy taki śliczny i dobry. Pochylił się do ciebie, po czym krótko musnął twoje wargi. Zachichotałaś. Łokciami podparłaś się o kolana Sehun'a, a dłonie przeniosłaś na krawędź jego jeansów. Niby przypadkiem dotknęłaś jego ukrytego w spodniach członka. Najmłodszy stęknął, najwyraźniej głośniej niż planował, bo natychmiast zakrył usta ręką. Twarz przybrała mu kolor idealnej cegły. Posłał ci rzekomo groźne spojrzenie, chociaż twoim zdaniem należało do napalonego misia koali. Bez najmniejszego wahania chwyciłaś za wcześniej wspomnianą klamrę od paska podtrzymującego sprane jeansy. Odpięłaś ją, po czym wzorowo poradziłaś sobie z guzikami oraz zamkiem rozporka. Przez całą tę krótką chwilę Sehun nadawał coś o tym, jak długo będę cię pieprzył, lecz nie miałaś czasu, aby go słuchać. Tak bardzo pragnęłaś już poczuć Koreańczyka i jego przyjaciela w sobie.
 Pozbawiłaś chłopaka bokserek razem ze spodniami. Obnażyłaś dosyć pokaźny członek swojego ukochanego. Uśmiechnęłaś się, widząc, jak bardzo zdążył się podniecić. Ty oraz twoje ciało zdążyliście wywołać u niego niemalże pełny wzwód. Przysunęłaś się jeszcze bliżej, przy okazji skorzystałaś z okazji, aby podrażnić uda najmłodszego paznokciami. Westchnąwszy, przyszykował się na falę nadchodzącej przyjemności. Chwyciłaś dłońmi trzonek jego członka, pewnie przesuwając je w górę. Połaskotałaś kciukiem żołądź penisa. Miałaś ochotę powiedzieć coś erotycznego, jednak Sehun przerwał ci swoim donośnym jękiem. Uniosłaś wzrok, chociaż przez chwilę chcąc podziwiać, jaką rozkosz mu dajesz. Tors Azjaty wygiął się w łuk pod wpływem rozkoszy, a on sam przymknął oczy. Uśmiechnęłaś się szeroko sama do siebie. Pochyliłaś się i wzięłaś przyjaciela swojego chłopaka do ust. Językiem oblizałaś go na całej długości. Twoje uszy zapełniły się melodią kierowaną przez stęknięcia oraz posapywania ukochanego. Już wtedy czułaś, że możesz wszystko. Zaczęłaś zabawiać członek Koreańczyka ustami i w międzyczasie robić mu dobrze ręką. Kiedy tylko najmłodszy zaczynał wydzierać się mocniej, przestawałaś. Za wcześnie, aby mógł sobie tak spokojnie dość. Chociaż błagał, pozostawałaś nieugięta.
 - Kochanie, proszę... - odezwał się. Uniosłaś wzrok, ciągle trzymając jego penisa w ustach. Był cały zlany potem. Twarz miał wykrzywioną czającym się tuż tuż orgazmem, lecz oczy napełnione były ogromną ilością pożądania, którego pewnie jeden numerek nie zaspokoi. - Pozwól mi dojść... - pokręciłaś głową z uśmiechem. - Kurwa... - wysapał. - Chociaż zamieńmy się...
 - Nie. - oderwałaś się na chwilę, jednak nie przestawałaś ruszać ręką.
 - Kiedyś mi za to zapłacisz... - chciał się podnieść, lecz ponownie wargami otuliłaś jego członka. Sehun opadł bezwładnie na poduszki, przeklinając pod nosem. Zawsze zachowywał się tak wulgarnie, kiedy chciał więcej. On był najmłodszy, ale pieprzył się jak dorosły facet. Nie wiedziałaś, skąd się to u niego brało. Skup się, pomyślałaś i językiem zatoczyłaś kółeczko wokół penisa Koreańczyka. Ten pulsował coraz mocniej. Tak bardzo nie chciałaś jeszcze kończyć. Nagle Hunnie jęknął chyba najgłośniej od ostatnich kilku minut. - [T.I, T.2I., T.N.), jeśli zaraz cię nie wydymam, to przez najbliższy tydzień nie wyjdziemy z łóżka!
 - Brzmi zachęcająco. - zauważyłaś.
 - Nie zaczynaj. - wybełkotał, a jego głos zaczynał tracić na sile. Oderwałaś się od przyrodzenia chłopaka, również zabierając ręce. - Kurwa... - kolejny raz nie dostawszy orgazmu, zagrzebał się w kanapowych poduszkach. Przyglądał ci się, jak leniwie zsuwałaś jeansy.
 - Uwielbiam, kiedy tak się na mnie patrzysz. - odparłaś, rzucając spodnie gdzieś na bok. Chciałaś zsunąć jeszcze dół bielizny, jednak chłopak cię powstrzymał.
 - Nie, chodź tutaj. - poprosił. - Sam chcę...
 Posłusznie podeszłaś do kanapy. Sehun chwycił krawędź twoich ulubionych koronkowych fig i pociągnął majtki w dół. Pozbawiwszy cię ich, przyciągnął twoją sylwetkę za biodra. Podciągnął się na łokciach, aby móc złączyć wasze wargi.
 - Bierzesz tabletki, prawda? - wyszeptał.
 - Tak. - uśmiechnęłaś się.
 - Chodź, maleńka. - chwycił twoje dłonie i usadził cię na sobie okrakiem. Wepchnął w ciebie swojego penisa, chociaż ty też nie mogłaś się go doczekać. Jęknęłaś, gdy poczułaś, że zahacza o twój najsłabszy punkt. Sehun uśmiechnął się z satysfakcją. Zaczęłaś poruszać się do góry oraz w przeciwnym kierunku, czym obu sprawiałaś ogromną przyjemność. Sehun, jak zawsze, był bardzo czuły i opiekuńczy. Co chwilę pytał się, czy nie robi czegoś źle. Zaprzeczałaś za każdym razem, bo rzeczywiście czułaś niewyobrażalną rozkosz. On również nie był gorszy. Nawet dobrze nie zaczęliście, kiedy już jęczał oraz posapywał w najlepsze.
 Pierwsze kropelki potu pojawiły się na twoich plecach, kiedy poczułaś, że zaraz zaczniesz szczytować. On, ten wspaniały Oh Se Hun też był blisko. Oboje stękaliście wniebogłosy, co chwilę obdarzając siebie nawzajem pocałunkami. Kochałaś go. Kochałaś, gdy mogłaś dzielić tak intymne chwile ze swoim ukochanym. Nawet jeśli zaniedbaliście swoje potrzeby przez mundial, teraz wszystko nadrabialiście. Krok po kroku.
 Koreańczyk pchnął kilka ostatnich razy i oboje doszliście. Jęknęłaś, kończąc waszą cudowną chwilę miłości. Sehun uśmiechnął się, po czym wyszedł z ciebie. Opadliście obok siebie na kanapę. Zmęczeni, aczkolwiek bosko szczęśliwi. Wgapialiście się w powierzchnię sufitu. Wasze ręce spoczywały pośrodku, splecione razem tak, jak chciał tego Bóg. Co jakiś czas, któreś wybuchało śmiechem, upojone miłością otrzymywaną od drugiej osoby.
 - Kocham cię. - powiedział Koreańczyk.
 - Ja ciebie też. - uśmiechnęłaś się, kciukiem gładząc wierzch jego dłoni.
 - Przepraszam. - oznajmił również.
 - Dlaczego? - zapytałaś i zmarszczyłaś czoło.
 - Bo zaniedbałem cię przez te mecze. - jego idealna twarz posmutniała.
 - Ja też przepraszam. - uśmiechnęłaś się.
 - Kiedy mówiłaś o tych piłkarzach... - zaczął nieśmiało. - Byłem zazdrosny.
 - Daj spokój. - zaśmiałaś się. Chłopak również się rozpogodził.
 - Naprawdę. - wzruszył ramionami.
 - Nic nie poradzę, że są tak seksowni... - powiedziałaś, po czym pokazałaś mu koniuszek języka.
 - Koreańczycy są seksowni. - poprawił cię z uśmiechem.
 - Tak. - pokiwałaś głową.
 - Wiesz, co? - podniósł się na łokciach.
 - Co? - uśmiechnęłaś się, przygryzając wargę.
 - Masz ochotę na meczyk? - uniósł brwi.
 - Mieliśmy już nie oglądać... - zaczęłaś, jednak momentalnie ci przerwano.
 - Nie, miałem na myśli meczyk między mną, a twoją... - wstawszy z kanapy, zerknął na ciebie wymownie.
 - O, nie... - powiedziałaś, kiedy chłopak pochylał się nad tobą. Zanim zdążyłaś zareagować, już ściągał na ziemię twój własny kawałeczek nieba.

 Dodałam troszkę wcześniej niż planowałam, bo ostatnio troszkę Was zaniedbałam i inne takie ;D ;) Mam nadzieję, że już mam wybaczone. Poza tym, w poniedziałek jadę na wycieczkę klasową do Krakowa, więc w niedzielę, może jeszcze dodam niespodziankę ;D ;) Scenariusz dedykuję osóbce anonimowej, która zasugerowała mi coś z mistrzostwami w tle. Zachęcam do komentowania, obserwowania itp. ;) Miłego dnia, kochane! ;D ;) I miłego czytania ;D ;)


piątek, 13 czerwca 2014

#21 Tao


 Wzięłaś głęboki oddech. Wzrok ludzi naprzeciwko powinien był cię krępować, jednak tego nie robił. Sama do siebie się uśmiechnęłaś. Językiem zwilżyłaś wargi, aby śpiewać jeszcze lepiej. Mężczyzna nieopodal dawał ci znaki. Musiałaś zacząć. Mocniej ścisnęłaś trzymany mikrofon. Wydałaś kilka pierwszych dźwięków własnej piosenki. Komisja nie zareagowała, wcale. Przyciągnęłaś statyw w swoją stronę. Dalej poszło jak po maśle. Zwyczajnie stanęłaś wokół wyżyn wokalnego majstersztyku...
 Tegoroczne przesłuchania do agencji SM były wyjątkowe. Nie dlatego, że, za namową znajomych, dałaś się na nie przyprowadzić. Tym razem jedną stronę stołu sędziowskiego miał zajmować, między innymi Huang Zitao - członek twojego ulubionego zespołu. Kochałaś śpiewanie, a casting wydawał się idealną okazją, aby poznać swojego idola. Cudem ubłagałaś mamę o pozwolenie, przygotowałaś piosenkę, spakowałaś walizki i poleciałaś pierwszym lepszym samolotem w kierunku Seul'u. Jak się później okazało, Panda dostał rolę przewodniczącego komisji. Ostateczny głos należał do niego. Podjął się zadania godnego prawdziwego krwiopijcy - miał złamać serce setkom osób, możliwe, że także tobie. Nie martwiąc się tym, następnego dnia po przyjeździe udałaś się na przesłuchanie. Trzymałaś w kieszeni ambicje wielkości gór, chociaż nie przypominałaś sobie, żebyś kiedykolwiek zobaczyła białego trainee. Wtedy szczęście było przy tobie, dotarłaś do ostatniego etapu. Zaśpiewanie piosenki własnej, a później już tylko treningi... Albo rozczarowanie, które będzie cię dręczyło aż po końce czasów. Mimo ogromnej konkurencji i widocznej dyskryminacji rasowej, dałaś z siebie wszystko. Widok skupionego Tao napawał spokojem. No, może tylko przez chwilę. Pod koniec zaczęło się piekło...
 - ...podobasz mi się... - powiedziała drobna Koreanka. Siedziała najbardziej wysunięta na prawo. Cztery osoby, a stół wielkości tira, pomyślałaś. Mina kobiety świadczyła, że nie bardzo wie, co mówi. - Masz to coś. Może te duże oczy mnie mydlą, ale ja cię biorę.
 Uśmiechnęłaś się szeroko i wymówiłaś nieme "dziękuję" w jej stronę.
 - Imponujesz mi... - odezwał się mężczyzna obok. Twarz miał mimo wszystko poważną. Siedział najbliżej swojej przedmówczyni, jednak zdanie wyrażał tak odmiennie. - Oklaski, bo tak, czy inaczej, zdecydowałaś się tutaj przyjechać. Dam ci szansę, ale... - żartobliwie pogroził na ciebie palcem. - ...nie zawiedź mnie.
 - Nie zrobię tego, obiecuję. - powiedziałaś i ostrożnie się ukłoniłaś.
 - Jak wyżej. - kobieta siedząca przy Zitao wzruszyła ramionami. - Dobra, wypowiadaj się, młody. Widać, że nie możesz się doczekać. - posłała pobłażliwe spojrzenie w kierunku członka EXO. Chłopak tylko potrząsnął głową, wyraźnie zniecierpliwiony. Naraz zostałaś przygwożdżona nurtem jego głębokiego, przenikliwego wzroku. Uśmiechnęłaś się niewinnie, kiedy poczułaś, jak mierzył cię swoimi czekoladowymi tęczówkami.
 - Przecież ty nie dasz sobie rady... - westchnął i rzucił na stół notes, gdzie podczas twojego występu coś zawzięcie notował. - Wiesz ile wynosił mój poziom ekscytacji, gdy śpiewałaś? - machinalnie pokręciłaś głową. - Zero.
 - Ale, ja... - chciałaś się bronić, jednak natychmiast zostałaś uciszona.
 - Chyba nie wiesz, co mówisz. - zaprotestowała przedmówczyni Zitao, która dotychczas prawie nic nie mówiła.
 - Doskonale wiem. - chłopak odwrócił się twarzą do niej. - Nie umie śpiewać, nie widzisz tego? - posłał kobiecie znaczące spojrzenie. - Jest beznadziejna!
 - Tao, czy ty nie..? - zaczęła, ale momentalnie ją uciszono. Chińczyk pochylił się w jej stronę i nerwowo tłumaczył kobiecie coś na ucho.
 Jeszcze kiedyś postrzegałaś go jako anioła. Huang Zitao był twoim priorytetem. Poniekąd nawet przyjechałaś tutaj dla niego. Nie zdążyłaś mrugnąć okiem, kiedy stał się najgorszy, bezczelny. Jednym słowem, jakiś taki...fałszywy. Nie spodziewałaś się po nim takiej surowości, chociaż nie miałaś właściwie pojęcia, czego oczekiwać. Panda okazał się okropny. Na tyle żmijowato podły, aby ukoronować tron twojej czarnej listy. Mimo wszystko nie zamierzałaś się przejmować. Zdążyłaś wymyślić plan należytej zemsty. Poczekasz przed biurem SM. Czułaś potrzebę porozmawiania z Tao, nawet jeśli miałabyś wrzeszczeć. Chciałaś mu udowodnić za wszelką cenę, że się pomylił, a ty dasz radę. Prędzej czy później nie będzie miał wyboru, obsadzi cię w roli trainee. Innej opcji nie było...
 Uśmiechnęłaś się pod nosem, przysłuchawszy się szepczącej komisji. Zitao gorączkowo o czymś dyskutował. Nie minęło pół minuty, gdy cała czwórka odwróciła się twarzami do ciebie. Najmłodszy zerknął na kolegów i otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
 - Przykro nam, ale niestety musimy się pożegnać. - powiedział, zapewne udając smutek. - Nie pokazałaś nam tego, czego oczekiwaliśmy. Nie wchodzisz w szeregi wytwórni, ale zapraszamy za rok. - uśmiechnął się nieśmiało.
 - Jasne... - spuściłaś głowę. Wtedy nastąpiło upokorzenie...
 Opuściłaś budynek SM zaraz po nieudanym przesłuchaniu. Wściekła na cały świat, trzymałaś pod pachą zawód i wstyd. Zniknęła jakakolwiek chęć spełnienia marzeń. Wtedy zwyczajnie oszalałaś. Huang Zitao potrzebował rozrywki. Jakby tego było mało, skośnooki dupek zapewnił ją sobie twoim kosztem. Co dla niego oznacza zdeptanie osobowości nieznajomej? Zupełnie nic, a dla ciebie znaczyło wszystko... Tak duże wszystko, że usiadłaś na schodach wytwórni i rozpłakałaś się, niczym małe dziecko. Czułaś upokorzenie, ale też zawiść. Nie przez nieudany występ, właściwie to już ochłonęłaś. Zawiodłaś się, bo Tao nie był taki, jak go przedstawiano. Człowiek ponadprzeciętnie miły? Anioł w skórze człowieka? Nie tym razem.
 Zakrywałaś twarz dłońmi, kiedy tego typu myśli cisnęły ci się do głowy. Mijały minuty, możliwe nawet godziny. Następstwem burzy okazało się słońce. A może jednak Zitao miał swoje powody? Czyżby ktoś lub coś kazało mu powiedzieć "nie"? Prawdę mówiąc, odmowa nie wydawała się straszna, jeśli miałabyś się otaczać tak podłymi ludźmi. Wzdrygnęłaś się na myśl, że przecież on nie był taki jedyny. Istnieli pewnie jeszcze gorsi, przed którymi chciano cię ochronić?
 - Co ty tutaj robisz o tej porze? - poczułaś nagłe potrząsanie za ramię. Gwałtownie zamrugałaś oczami pod wpływem niespodziewanej pobudki. - Dzięki Bogu... - chłopak odetchnął z ulgą.
 - Nie zbliżaj się do mnie nawet... - warknęłaś, chociaż nie tak groźnie, jak planowałaś.
 - Przysnęłaś. - zauważył. Dopiero teraz skupiłaś się na jego twarzy. Huang Zitao wyglądał na niezwykle zatroskanego. Oblicze Chińczyka przypieczętowały ślady zmęczenia, a głos wydawał się mniej śmiały, gdyby porównać go z wcześniejszym. - Na schodach. - kontynuował. - Zimno jest.
 - Czekałam aż przyjdziesz. - odpowiedziałaś bez wahania. Panda wyciągnął dłoń, aby pomóc ci wstać, jednak ją zignorowałaś. Wstałaś sama, czując, że skostniałe kończyny dają o sobie znać.
 - Dlaczego? - chłopak zrobił zszokowaną minę. - Przepraszam, jeśli cię uraziłem dzisiaj.
 - Nieważne. - wzięłaś swoją torbę do ręki. - Jesteś pieprzonym dupkiem i nie masz w sobie za grosz empatii oraz kultury.
 - Ja jestem dupkiem, tak? - rozłożył ręce w nieco groteskowym geście niedowierzania.
 - Dokładnie. - prychnęłaś cicho. - Krzywdzisz ludzi tylko dla swojej chorej przyjemności. Żal mi cię, naprawdę.
 - Wobec tego, zabiorę mojego wroga do domu, musimy sobie coś wyjaśnić... - nie zdążyłaś nawet zareagować, kiedy chłopak momentalnie chwycił twój nadgarstek.
 - Chyba sobie kpisz... - nie dawałaś się zwodzić.
 - Nie, mówię całkiem poważnie. - uśmiechnął się delikatnie. - Chciałbym cię odwieźć, skoro byłaś aż tak zmęczona, że przysnęłaś tutaj.
 - Upokorzyłeś mnie specjalnie, sukinsynu. - syknęłaś agresywnie.
 - Ciebie też miło poznać. - przewrócił oczami. - Jestem Tao.
 - Zachowujesz się jak dupek... - sarknęłaś, ulegając jego pociągnięciom za twój rękaw. Zrobiliście kilka kroków do Mercedes'a stojącego po przeciwległej stronie ulicy. - Nie szanujesz wszystkich, którzy przyjeżdżają tutaj spełniać swoje marzenia. Masz to wszystko gdzieś, ale wiesz co? My też mamy cię gdzieś, Zitao. Nie znasz się na muzyce, jesteś beznadziejny. - ku twojemu zdziwieniu chłopak się zatrzymał.
 - Nie potrzebuję twoich uwag, naprawdę. - powiedział wyraźnie zniecierpliwiony.
 - To powiedz mi, dlaczego? - znów zaczęłaś iść. Na zewnątrz robiło się coraz zimniej. - Wiem, że byłam dobra. Może nawet najlepsza. Zrobiłam wszystko pierwszorzędnie...
 - Owszem, byłaś przyzwoita. - kiwnął głową, po czym uśmiechnął się delikatnie.
 - Więc? - spojrzałaś na niego wyczekująco.
 - A nie przyszło ci do głowy, że ja też mogę mieć uczucia? - zapytał, przekrzywiając głowę. - Że te wszystkie obelgi są niepotrzebne, a mną kierowało coś innego?
 - Przepraszam, nie mogłam, po tym jak mnie potraktowałeś... - nagle mimo wszystko zrobiło ci się go żal.
 - Co, jeśli zrobiłem to, aby cię ochronić? - byliście już przy samochodzie, więc wyciągnął kluczyki. Nie odpowiadałaś. Chłopak uśmiechnął się pobłażliwie. - Nieważne, porozmawiamy o tym później.
 Przez całą drogę do twojego domu nie odezwaliście się ani słowem. Mimo obietnicy pogawędki, Tao nie zaczął tematu. W międzyczasie trochę go obserwowałaś. Nie sprawiał wrażenia chłodnego, a nawet nieprzyjemnego. Prowadził spokojnie, momentami nawet się uśmiechał. Potrafił likwidować najbardziej niezręczną ciszę, lecz kiedy stanęliście przed twoim hotelem, jakby zabrakło mu słów. Postanowiłaś sama rozpocząć rozmowę. Chociaż Chińczyk znacznie utrudniał działanie, dotarcie do chłopaka nie było niemożliwe, a przytulny samochód oraz ciemność tylko ułatwiała zadanie. Zitao zgasił silnik i rozpiął pasy bezpieczeństwa. Nie zbierał się do odjazdu, mimo że zegar samochodowy wybijał północ.
 - Pozwolisz mi zostać trainee? - wydukałaś finalnie. Milczenie stawało się nieznośne, przy czym Tao nerwowo stukał paznokciami o deskę rozdzielczą. Na dźwięk twoich słów wyraźnie się skrzywił, lecz później przybrał minę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
 - [T.I], to nie jest takie proste. - westchnął.
 - Nie chcesz, żebym była w SM, prawda? - zapytałaś.
 - Masz rację, nie chcę. - pokiwał głową.
 - Ale dlaczego? - zapytałaś z nutką wyrzutu. Chłopak zamilkł na dłuższą chwilę. Jego twarz przybrała surowy wyraz, a dłonie spoczęły w jasnych włosach. Miarowy oddech idealnie wtórował obecnej aurze rozmyślania.
 - Zwyczajnie boję się o ciebie, wiesz? - powiedział po chwili namysłu.
 - Jestem za słaba? - nieco posmutniałaś.
 - Nie, raczej zbyt wyjątkowa... - oznajmił i spuścił głowę. - Może to głupie, co mówię, ale te osoby... Ci ludzie, którzy trenują już kilka lat... Oni nie mają nawet jednego procenta tej pasji, którą ty ot tak sobie dysponujesz. Nawet nie wiesz, jakie myśli chodziły mi po głowie, kiedy śpiewałaś. Jesteś niesamowita i nie przepuściłem cię dalej, bo tam zabiją to wszystko. Zamordują każdą twoją najlepszą rzecz. Oddałbym milion trainee, aby w zespołach znajdowały się takie osoby. Jednakże, nie mogę, [T.I.]... Zwyczajnie nie mogę... Nie wybaczyłbym sobie, gdybym zobaczył cię za kilka lat. Szarą, stłamszoną, nijaką, jak oni wszyscy. Przepraszam, bo powiedziałem tobie te wszystkie słowa dzisiaj. Boję się, bo nie wiem, czego się po nich spodziewać w stosunku do ciebie. Mogę się tobą opiekować, ale ochronić trainee nikt mi nie pozwoli. Moje słowa są teraz bezużyteczne...
 - Tao, ja dam radę. - powiedziałaś z przekonaniem.
 - Ale jak długo? - bezradność chłopaka aż rzucała się w oczy.
 - Do debiutu, i jeszcze dłużej... - uśmiechnęłaś się szeroko.
 - To są twoje marzenia, tego byś chciała? - jego rozemocjonowana twarz zdawała się ciskać piorunami.
 - Tak. - położyłaś mu dłoń na policzku, niczym wnuczka ukochanemu dziadkowi.
 - Dam ci szansę. - rozpromieniłaś się natychmiast. - Będę się tobą opiekował...
 - Ale? - zapytałaś, czując u niego nutkę melancholii.
 - Nie chcę patrzeć, jak znikasz w tłumie, dobrze? - uśmiechnął się z nadzieją.
 - Dziękuję, Tao! - uśmiechnęłaś się szeroko. Niemalże skakałaś w miejscu.
 - A teraz zjeżdżaj, wkurzyłaś mnie teraz. - skinął głową na drzwi po twojej stronie, śmiejąc się.
 - Nie zawiodę cię, obiecuję. - powiedziałaś i nacisnęłaś klamkę.
 - Chcę cię widzieć jutro o szóstej pod budynkiem SM. - włożył kluczyki do stacyjki. - Masz zabrać wszystkie rzeczy.
 - Tak jest. - kiwnęłaś głową.
 - I lepiej pożegnaj się z nadzieją. - zaśmiał się. Zignorowałaś jego docinki, chociaż doskonale wiedziałaś, że właśnie zaczęłaś wędrówkę. Zupełnie jak szczęśliwi ludzie, którym nawet ryby potrafią się utopić.
 Nazajutrz stawiłaś się punktualnie. Odebrano ci telefon, laptopa i, przede wszystkim, świadomość posiadania czegoś swojego już na starcie. Nie narzekałaś, przecież to był dopiero początek. Razem z bagażami zostałaś odstawiona do dormitorium. Dostałaś własne łóżko oraz cichy kącik do posiedzenia, kiedy potrzebowałaś samotności. Mieszkanie z innymi trainee wydawało się wspaniałe, ale, jak to mówią, ile charakterów, tyle opinii, prędzej czy później zorientowałaś się, jak bardzo się pomyliłaś...
 Następne miesiące mijały błyskawicznie. Brnęłaś do przodu, niczym błyskawica, chociaż treningi nie zostawiły dobrego śladu na twoim charakterze. Popadałaś w rutynę. Plan dnia właściwie codziennie miałaś taki sam. Szkoła, treningi, śpiew, taniec, języki, sen, szkoła, treningi, śpiew, taniec, języki, sen, szkoła, treningi, śpiew, taniec, języki sen, i tak do samego końca... Pomimo zmęczenia byłaś najlepsza, przecież obiecałaś to Tao. Czas sprawił, że wypracowałaś sobie silną pozycję wśród trybutów. Często osoby "z góry" radziły się ciebie, jeśli mowa była o postępach innych dzieciaków. Wstąpiłaś do SM niedawno, więc nie każdemu pasowało twoje wysokie stanowisko, które przecież świadczyło też o silnym, niezrównanym charakterze. W zasadzie, nie miałaś znajomych. Na pozostałych nie było co liczyć. Zazwyczaj, kiedy trenowaliście, z nikim nie rozmawiałaś. Wiele razy padałaś ofiarą niewybrednych, rasistowskich żartów, bo przecież cóż znaczy jednostka, gdy chodzi o większość? Wiedziałaś, że za wszystkim stała zazdrość, ta niepohamowana, chciwa żmija. Gdybyś nie była dobra, zostawiliby cię w spokoju, mówiłaś sobie także rzeczy tego typu. Codziennie myślałaś, czym są dla ciebie marzenia, takie wywody skutecznie trzymały cały organizm. Kilka telefonów od rodziców sprawiło, że zaczęłaś tęsknić. Nie tylko za domem, lecz także normalnością, zwykłym życiem, bez ciągłej nagonki. Parę razy słyszałaś kwestię typu: "Zmieniłaś się". Ale, czy te słowa można usłyszeć od kogoś, kto tak naprawdę nigdy nas nie znał? Całe szczęście, otrzymywałaś należyte wsparcie, gdy chodziło o mamę i tatę. Byli dumni, wspierali, przez co dziękowałaś im najserdeczniej.
 Najbardziej niezastąpiony okazał się Zitao. Chociaż widywaliście się przeważnie wtedy, kiedy on kończył swoje treningi, a ty zaczynałaś, zawsze chciał rozmawiać. Pałał energią, której jeszcze nigdy u nikogo nie widziałaś, ale przecież to Panda mówił, że jesteś wyjątkowa. Często razem tańczyliście, śpiewaliście, uczył cię życia pośród lwów w dżungli. Zdobyłaś jego zaufanie, zaskarbiłaś sobie sympatię Chińczyka na tyle, aby zaczął mówić ci każdą pojedynczą rzecz, zwierzać się, gdy chodziło nawet o najmniejsze zmartwienie, czy dużą sprawę. Staliście się nierozłączni, jak przyjaciele, może z pewnymi przywilejami. Kiedy upadałaś, Tao zawsze stał w pogotowiu, jeśli potrzebowałabyś, żeby ktoś cię podniósł. Ten niepozorny chłopak okazał się aniołem. Tak, jak mówili. Aniołem w skórze człowieka...
 Wkrótce zostałaś wybrana do debiutu. Byłaś szczęśliwa. Spadło na ciebie ukoronowanie całej tej ciężkiej pracy, wszystkich starań, potu, łez i zdartych naskórków kolan. Nominowano cztery dziewczyny, chyba najmniej nieznośne spośród pozostałych. Bycie w jednym zespole przynosiło sporo korzyści. Trenowanie razem sprawiło, że zaczęłyście rozmawiać. Chociaż już wcześniej nauczyłaś się je obserwować, poprzez spojrzenie poznałaś ich charaktery, dowiadywanie się prawdy poprzez kontakt wydawało się komicznie zabawne. Jedna z dziewczyn, najbardziej przypadła ci do gustu, wyglądała na skrytą i niedostępną, co, jak się później okazało, było bzdurą. Pracowałyście sumiennie, kiedy wytwórnia wyraźnie zaznaczyła datę debiutu. Wasze rokowania prały w górę, a jedyną rzeczą, której brakowało tobie do szczęścia był Tao...
 Widywaliście się już rzadziej, ale jeśli już, to gadaliście godzinami. Był dumny, widziałaś to, gdy patrzył, jak pracujesz. Ty też patrzyłaś, może trochę inaczej. Zakochałaś się. Tak naprawdę Zitao wprowadził przełom do twojego życia. Sporo namieszał, przyniósł wiele śmiechu. Zawsze ocierał łzy. Nigdy nie zapomnisz momentów, kiedy zmęczony przychodził i mimo wszystko zabierał ciebie oraz resztę chłopaków na pyszne jedzenie. Panda był mamą, przyjacielem, w końcu, ukochanym. Nigdy wcześniej nie zastanawiałaś się nad tym, ale chciałabyś mu powiedzieć o każdej rzeczy, którą czujesz. Taki chłopak był marzeniem, niespełnionym snem każdej dziewczyny. Każdej, poza tobą...
 - Gotowa? - zapytał Chińczyk, rozmasowując twoje barki.
 Miałaś na sobie wyjątkowe ubranie. Do wyjścia na scenę zostało kilka minut. Nadszedł dzień tak bardzo oczekiwany. Miałaś wrażenie, że najlepiej byłoby się teraz wycofać. Zadanie niemożliwe, pewnie wtedy Tao wcisnąłby cię tam siłą. Wszystko idealnie przygotowano. Zza kulis słyszałaś piski rozhisteryzowanych fanów, które i tak nie zagłuszały bicia twojego serca. Tylko gdzieniegdzie błądzili ludzie. Każdy coś robił. Dopinali wszystko na ostatnie guziki. Czułaś się, niczym zatrzymana w czasie. Drżałaś. Zdenerwowanie brało górę. Najchętniej wróciłabyś do domu, zajęła się kanapą, wypłakała oczy, które mimo wszystko od dawna tego potrzebowały. Wtedy jednakże okazałabyś się tchórzem. Wiedziałaś, że tutaj chodziło o marzenia, byłaś przecież o krok. Tylko potrzebowałaś wyciągnąć rękę, aby je dogonić. Pewnie już nigdy taka okazja się nie nadarzy. Zmarnowałabyś całą swoją ciężką pracę, straciłabyś czas. Czas był złotem, a na utratę złota nie mogłaś sobie pozwolić...
 Dłońmi kilka razy poklepałaś się po policzkach. Wzięłaś głęboki oddech.
 - Boję się, Tao... - szepnęłaś. - Pewnie wszystko zepsuję...
 Usłyszałaś, jak chłopak wzdycha zniecierpliwiony. Mocniej złapał twoje ramiona i odwrócił przodem do siebie.
 - Nie ma takiej opcji, jasne? - uśmiechnął się. - Dasz sobie radę. - chciałaś coś powiedzieć, jednak natychmiast ci przerwał. - Nie próbuj zaprzeczać, obiecałaś mi coś, pamiętasz?
 - Chyba nie... - przewróciłaś oczami.
 - Obiecałaś, nie wmawiaj, że nie pamiętasz. - zaśmiał się cicho. Jego zachowanie zdecydowanie działało negatywnie na twój stres.
 - Mówiłam, że dam sobie radę. - oznajmiłaś.
 - Właśnie. - kiwnął głową. - Jeśli to zmarnujesz, przyjdę i porozmawiamy inaczej.
 - Jak? - wzruszyłaś ramionami.
 - Nieważne... - zawahał się chwilowo. - [T.I.], w zasadzie, to chciałbym ci coś powiedzieć...
 - Tao, mamy mało czasu. - pospiesznie zerknęłaś na krzątających się ludzi. - W zasadzie też chciałabym coś...
 - To może ja pierwszy? - uniósł ciemne brwi do góry.
 - Jasne. - uśmiechnęłaś się. Czekałaś aż coś powie, jednak tylko przygryzł wargę, jakby się nad czymś zastanawiał. Może dobierał słowa, albo po prostu myślał, czy rzeczywiście ma cokolwiek, co chciałby powiedzieć. Najchętniej plasnęłabyś go w twarz i uciekła, bo, znając jego zagrywki, zaczął swoje droczenie się. Mierzyłaś Tao zniecierpliwionym wzrokiem. Czas uciekał, a przecież jeszcze zamierzałaś trochę pomedytować przed występem. - Tao, czy mógłbyś..? - zaczęłaś niewinnie, ale natychmiast zamilkłaś, gdyż chłopak otworzył usta, aby coś powiedzieć.
 - Kocham cię. - powiedział w końcu. Stanęłaś, niczym wryta. Z początku nie wiedziałaś, czy się przesłyszałaś, a może on rzeczywiście wyznał ci miłość.
 - Co? - wydukałaś zbita z tropu.
 - Wiesz, że poczułem to już wtedy, kiedy weszłaś na przesłuchanie? - uśmiechnął się, spoglądając w twoje oczy. - Chciałem ci powiedzieć, lecz nie wiedziałem, jak sobie pomóc. Pierwszy raz poczułem coś takiego i, kurczę... Nie wiem, co to jest, ale ja chcę się tak czuć... - zmierzył cię wzrokiem. - Stoisz tutaj, jesteś taka przepiękna... Cokolwiek teraz powiedziałem, nawet jeśli ci się nie podobam, nie odtrącaj mnie, dobrze?
 - Tao, przymknij się już... - rzuciłaś, totalnie zbijając chłopaka z kursu. - Tę rozmowę chciałam zacząć potem...
 - Dlaczego? - zapytał, kompletnie oszołomiony.
 - Czy ty nie słyszysz, co powiedziałam? - uśmiechnęłaś się.
 - Powiedziałaś: "Tę rozmowę chciałam zacząć..." - gwałtownie urwał. - To znaczy, że ty mnie...? - krótko kiwnęłaś głową. - Boże przenajświętszy... Ty mnie kochasz... - zaśmiał się głośno. - Ona mnie kocha!
 - Tao, przymknij się! - ukryłaś zawstydzoną twarz w dłoniach.
 - Ej, słoneczko. - powiedział, chwytając cię za ręce. - Ja ciebie też kocham.
 - Ja muszę już iść... - twoje spojrzenie napotkało zegarek na nadgarstku chłopaka. Za pięć minut miałyście zaczynać. Wolałaś nie ryzykować spóźnienia swoimi amorami z Chińczykiem.
 - Poczekasz chwilę? - zapytał, poważniejąc.
 - Tak. - pokiwałaś głową. Tao zrobił dwa kroki do ciebie. Teraz niemalże stykaliście się klatkami piersiowymi.
 - Będziemy razem? - powiedział i położył sobie twoją dłoń na sercu.
 - Tao, nie teraz... - odparłaś wymijająco.
 - Odpowiedz. - zaoponował stanowczo.
 - Tak. - przyznałaś szczerze.
 - To mi wystarczy. - uśmiechnął się. Rękami złapał cię za policzki. - Kocham cię.
 - Ja ciebie też. - chłopak pochylił się, przez co niemalże dotykaliście się nosami.
 - Powodzenia. - na krótko przycisnął swoje wargi do twoich, jednakże tylko tyle wystarczyło, abyś poczuła zawroty głowy.
 - Tao... - wyjąkałaś, mając ochotę na więcej...
 - Druga część po zakończeniu. - zaśmiał się i musnął ci czoło. - Baw się dobrze, kochanie.
 - Zawsze i wszędzie. - odsunęłaś go lekko od siebie.
 - Pamiętaj, że tutaj jestem. - powiedział, kiedy odchodziłaś w stronę garderoby.
 - Wierz mi, nie da się zapomnieć... - szepnęłaś pod nosem.
 Ruszyłaś naprzeciw marzeniom. Zamierzałaś dać najlepszy koncert, jaki tylko był możliwy. Właściwie to już szłaś z górki. Miałaś przyjaciółki i chłopaka, którego kochałaś. Napędzano cię miłością oraz wsparciem, czymś, co pozwala człowiekowi góry przenosić...

 Może to zabrzmi dosyć tradycyjnie na moim blogu, ale moim zdaniem tym razem szczególnie mi nie poszło xD ;) Jednakże, starałam się, pomysł miałam całkiem całkiem, a to, jak ubrałam rzeczy w słowa, to już inna sprawa xD ;) Rehabilituję się po dłuższej nieobecności tutaj, mam nadzieję, że mi wybaczycie ;) Zachęcam do komentowania, obserwowania i przesyłam mnóstwo buziaków ;** Miłego czytania, kochane, a ja tymczasem lecę oglądać mojego ukochanego Javier'a Hernandeza na boisku haha ;D ;) Trzymajcie się cieplutko ;* ;)